piątek, 17 października 2014

Rozdział II

~Nowy rok~


Minęło pół roku od momentu gdy, moje życie zmieniło swój cel, codziennie ostro szkolony przez Zekiela, byłem już w stanie panować nad swoją prawdziwą naturą. W ciągu treningów pieczęć kilka razy została naruszona, lecz wciąż się trzyma co daje nadzieje na pomyślnie zakończone szkolenie. Zaczął się nowy rok szkolny, udało mi się bez kolejnych problemów przejść do następnej klasy, lecz przyniósł też zmiany  w postaci kilku nowych uczniów. Przyznam ,że normalnie z Alanem bylibyśmy ciekawi tego kim są nowe twarze ,które miałyby wnieść coś co by odświeżyło atmosferę ale.... to przeszłość, teraz byłem skupiony tylko na sobie i na szkoleniu. 
Nadszedł pierwszy dzień szkolny, Ja ledwo zebrałem się i dotarłem na miejsce. Gdy byłem już w klasie, zająłem ostatnią ławkę w samym tyle, rozłożyłem zeszyt i zacząłem rysować. Po chwili na lekcje wszedł wychowawca i donośnym głosem poprosił o uwagę:

Wychowawca: Witam was po wakacjach, jak zapewne zdążyliście się dowiedzieć, w naszej klasie w tym roku zajdą pewne zmiany. Do naszej grupy dołączą nowe twarze, ale są wśród nich i nowi mieszkańcy dlatego przydzielimy im ''aniołów stróżów'' ,którzy pokażą im szkołę i odpowiedzą na ewentualne pytania. Ostatnim razem ciężko było o ochotników dlatego w tym roku, nowi sami sobie wybierają opiekunów i mam nadzieje ,że nie będzie żadnych sprzeciwów.

Słowa wychowawcy troszkę mnie zdenerwowały ale patrząc na to logicznie, nie wierzyłem by nowy uczeń byłby na tyle głupi by wybrać kolesia w kapturze ,który siedzi jak zjawa na tyłach klasy, normalny człowiek nie poprosiłby marginesu klasowego o pomoc ale oczywiście musiałem się przekonać ,że los bywa bardzo przewrotny ,a ludzie jakby to ująć...nie świadomi własnych decyzji.
Do klasy weszła czwórka nowych, przestraszonych i zdezorientowanych uczniów, wśród nich jedna tylko dziewczyna, co sprawiło ,że koledzy z klasy zaczęli się na jej widok ślinić jak wygłodniałe hieny na widok świeżego mięsa. Ja tylko zerknąłem spod kaptura, na grupkę bez szczególnego zainteresowania i wróciłem do rysowania.

 Słyszałem tylko pojedyncze zdania z rozmowy pomiędzy nowymi ,a wychowawcą. Wszystko było okej dopóki nie usłyszałem jak na całą klasę pada moje nazwisko, a zaraz potem zapada przerażająca cisza. Moja dłoń ,którą rysowałem, zastygła, a ja błagałem w myślach by to nie był wynik losowania. Podniosłem powoli głowę i w tym momencie był to początek moich problemów. Wszyscy wpatrywali się we mnie, oczekując reakcji, a ja nie wiedziałem nawet co się dzieje, po chwili zobaczyłem ,że nowa dziewczyna, która siedziała z przodu z resztą nowych, spojrzała na mnie po czym wstała i ruszyła w stronę mojej ławki. W tym momencie, poczułem jak w moich żyłach krew osiąga temperaturę wrzenia, a moja ręka łamała powoli w pół ołówek. Dziewczyna usiadła obok mnie, wyciągnęła do mnie rękę i odezwała się pewnym  głosem:

Felicja: Hej, Ty jesteś Neythan tak? Mam na imię Felicja
Neythan: Miło mi...

Podałem jej rękę po czym, wróciłem do rysowania. Nie miałem i tak nic do powiedzenia więc wolałem siedzieć cicho, z resztą niech przywyknie do tego ,że nie jestem rozmowny, a może szybko zmieni zdanie. Gdy już każdy nowy zajął swoje miejsce, wychowawca wyszedł z klasy i rozpoczęła się lekcja. Ja oczywiście tylko fizycznie przebywałem w klasie, jednak w głowie stale odbywał się trening. Minęło może z 20 min lekcji gdy poczułem szturchanie w ramię, spojrzałem w bok i zobaczyłem Felicje ,która z wyraźnie wypisanym zakłopotaniem, stara się wydobyć z siebie jakieś zdanie ale coś czułem ,że tutaj był kres jej odwagi. Widziałem ,że jej nie łatwo więc postanowiłem zacząć by jeszcze z tego całego stresu nie zleciała z krzesła, już i tak wystarczająco będzie ściągać na mnie uwagę:

Neythan: Wszystko dobrze?
Felicja: Tak,..znaczy..heh, po prostu wydaje mi się ,że nie jesteś zadowolony z mojej decyzji co do Ciebie..
Neythan: Jakby to delikatnie ująć....źle sobie trochę wybrałaś, jestem tutaj ostatnią osobą ,która pasuje na przewodnika
Felicja: Nie rozumiem...
Neythan: Serio? Spójrz na mnie. Wyglądam na wzorowego ucznia?
Felicja: A co to ma do rzeczy? Masz podobno mnie tylko oprowadzić i ewentualnie mi pomóc gdybym czegoś nie mogła znaleźć czy coś w tym rodzaju, nie musisz mnie uczyć -zaśmiała się cicho
Neythan: W sumie... no dobra to po lekcjach wszystko Ci wytłumaczę...chcę mieć to już za sobą
Felicja: Aż tak przeszkadzam? - wesoły wyraz twarzy natychmiast ustąpił smutnemu

Gdy zadała to pytanie, po raz pierwszy tak na prawdę spojrzałem na nią... Przyznam ,że była bardzo piękna, długie kruczoczarne włosy, piwne oczy, które miały coś w sobie bo gdy pierwszy raz spojrzałem w nie to chodź nie wiem co się działo dookoła, mój wzrok musiał co jakiś czas wrócić do nich. Nie była zbyt wysoka ale to właściwie sprawia ,że facet czuje się mężczyzną, przy takiej dziewczynie, poza tym widać było ,że bardzo lubi sport, jej sylwetka była baardzo dobrze wyrysowana. Musiałem szybko się ogarnąć zanim palnę coś co sprawi ,że ciężej będzie mi się jej pozbyć, dlatego spojrzałem na nią i z delikatnym uśmiechem odpowiedziałem:

Neythan: Nie, to nie o to chodzi, po prostu mam ostatnio dużo na głowie ,a Ty zapewne chcesz szybko ogarnąć tą szkołę by móc zając się zawieraniem znajomości, skupić się na lekcjach itp. prawda?
Felicja: Noo...okej, powiedzmy ,że wierzę w tą wersję -powiedziała cichym głosem, zamieniając smutek w grymas przypominający uśmiech

Na szczęście, rozmowę przerwał dzwonek na przerwę, spakowałem się i gdy już powoli kierowaliśmy się ku drzwiom, dodałem na koniec:

Neythan: Heh... w takim razie, spotykamy się po lekcjach, teraz mamy podział na grupy więc do potem.
Felicja: No okej ale...ale gdzie,..?
Neythan: Ah no tak, przepraszam..może po prostu przed wejściem, znajdę Cię, po prostu czekaj tam
Felicja: No okej..to pa - uśmiechnęła się delikatnie i poszła w stronę grupy

Przyglądałem się jej jeszcze przez chwilę gdy odchodziła. Mimo wszystko strasznie skupiała moją uwagę na sobie. Może nie świadomie ,a może jednak ale to sprawiało ,że miałem mieszane uczucia co do tej znajomości. Oczywiście prawda była inna, nie mieliśmy podziału na grupy, miał się odbyć apel ,ale Ja nie mogłem na nim być gdyż Zekiel potrzebował pilnie się spotkać.

Gdy udało mi się wydostać ze szkoły, ruszyłem w stronę garaży nieopodal, gdy dotarłem na miejsce, mój mistrz już tam czekał, wyraźnie czymś podenerwowany. Bałem się ale musiałem spytać:

Neythan: Zekielu....Co się stało?
Zekiel: Sprawy nabrały dość nieoczekiwanego obrotu, twoje szkolenie trzeba przełożyć, natomiast masz zadanie od upadłego.

Te słowa wprawiły mnie w osłupienie. Pierwsze zadanie, ale coś czuje ,że nie będzie ono proste:

Neythan: Rozumiem, słucham uważnie
Zekiel: W wyniku pewnego dość nieoczekiwanego obrotu wydarzeń, musisz zdobyć dla nas, krew młodej dziewczyny
Neythan: Przecież to nie jest trudne...
Zekiel: Wręcz przeciwnie.. Dziewczyna nie może pochodzić stąd, musisz upewnić się ,że nie płynie w niej krew przodków ,którzy osiedlali te okolice..
Neythan: Dobrze, myślę ,że już mam pewien cel....mogę tylko spytać czemu Ona posłuży?
Zekiel: Wyjaśnię Ci to innym razem, teraz musisz jak najszybciej zdobyć tą krew.
Neythan: Rozumiem, postaram się nie zawieść..

Zekiel zniknął, a Ja lekko zdezorientowany i zaciekawiony sytuacją jaka nastała, wróciłem do szkoły. Do głowy przychodziła mi tylko jedna osoba i chyba jednak ten przypadek może okazać się korzystny. Problem w tym jak zdobyć krew....

wtorek, 7 października 2014

Rozdział II

~Droga nienawiści~


Tajemniczy głos na chwilę umilkł. Po chwili głuchej ciszy tajemnicza postać przemówiła ponownie:

Głos: Co chcesz konkretnie wiedzieć?
Neythan: Chcę wiedzieć co się ze mną dzieje, dlaczego Ja i kim Ty jesteś?

Głos: Masz sporo pytań....ale dobrze, odpowiem po kolei....Jestem dowódcą aniołów ,który został nie słusznie skazany, ponieważ ośmieliłem się mieć własne zdanie. Wiele moich braci podzieliło mój los ponieważ taka oto jest sprawiedliwość tegoż to Stwórcy, którego ludzie tak wielbią. Pytasz dlaczego Ty? Ponieważ jesteś jedyną istotą na tej zepsutej ziemi, która widzi prawdę, która może mi pomóc dowieść niesłuszności kary jaka nas spotkała...

Neythan: Chwila....Ty jesteś upadłym? Czyli ta historia o wielkiej bitwie...o tym mieście...to prawda...ale z Tego co mi wiadomo, zostałeś ukarany nie tylko za bunt ale i za wojnę..

Głos: To nie jest prawda, karę otrzymałem zaraz po sprzeciwieniu się poleceniom ,które były nie słuszne i nie powinny mieć miejsca, za to został wysłany po mnie zastęp archaniołów. Wiedziałem ,że kara będzie surowa więc postanowiłem się bronić, nie miałem innego wyjścia. Sam dobrze wiesz i widzisz jaka jest sprawiedliwość na tym świecie, czy nie został ci odebrany właśnie najlepszy przyjaciel?

Neythan: Skąd wiesz?!

Głos: Jestem jednym z aniołów, wyczuwamy gdy dusze opuszczają cielesną formę, poza tym widzę to w twoim umyśle, czuję twój gniew, żal, nienawiść. To właśnie są owoce sprawiedliwości tego świata. Nathanaelu, pomóż mi ,a spełnię twoje marzenia i potrzeby, oboje możemy przywrócić sprawiedliwość, nikt już nie będzie niesłusznie raniony, a wszystko będzie miało jasne i zrozumiałe znaczenie dla wszystkich. Dość ran bez odpowiedzi na pytania, nikt już nie pozostanie samemu sobie.
Neythan: To co mówisz... może i jest w tym coś ale nie jestem przekonany, to wszystko przerasta mnie, ja jestem zwykłym człowiekiem, co ja mogę..

Głos: Przeciwnie Nathanaelu, jesteś właściwą osobą. Pytałeś co się z Tobą dzieje..to twoje dziedzictwo budzi się po zapieczętowaniu przez twojego przodka, który zapoczątkował twój ród. Był On jednym z moich braci, związał się ze śmiertelniczką, a gdy wybuchła wielka wojna, ukrył się i gdy dowiedział się ,że będzie miał potomka, postanowił porzucić skrzydła i zapieczętował je zarówno swoje jak i dziedzica. Pieczęć przechodziła z pokolenia na pokolenie, nie była widoczna gdyż nikt w twojej rodzinie nie miał styczności z żadną magią. W momencie gdy dotknąłeś mej księgi i uwolniłeś demoniczny pył, obudziła się pieczęć i teraz za każdym razem gdy wściekasz się, pieczęć zostaje naruszona.  
Neythan: Teraz wiem skąd ten ból.....ale co się stanie gdy pieczęć zostanie przerwana?

Głos: Hmm....nie jestem pewien gdyż wiele pokoleń minęło, co wzmocniło człowieczą naturę dlatego, nim pieczęć zostanie przerwana, musisz nauczyć się panować nad swoimi zdolnościami, a także trzeba przygotować twoje ciało na przyjęcie pierwotnej formy. Nie wiem czy śmiertelne ciało przyjmie twoją prawdziwą naturę, dowodem na to jest ból jaki odczuwasz przy łamaniu pieczęci, dlatego chcę abyś kogoś poznał..
Neythan: Kogo?

Nagle obok mnie pojawiła się czarna mgła w ,której dotarłem tutaj. Z niej wyłonił się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, oczy miał czarne jak noc, a jego dłonie oplatały symbole identyczne jak w mojej pieczęci. Podszedł do mnie powoli, zmierzył mnie od góry do dołu po czym odezwał się bardzo niskim głosem:

Zakiel:  Więc ja go mam wyszkolić?
Głos: Jest to problem Zakielu?
Zakiel: Nie panie... Zatem, jak już wiesz, będę Cię szkolił, obyś nie zawiódł mnie ani pana..
Neythan: Nie boję się twoich słów ani tego kim jesteś, tak więc może wyjaśnij mi łaskawie czego chcesz mnie nauczyć?
Zakiel: Tego będziesz dowiadywał się na bieżąco, jak na razie trzeba sprawdzić ile pieczęci zostało przerwane i będę musiał sprawdzić czy to ciało jest zdolne do czegokolwiek.
Neythan: Jak chcesz to sprawdzić?

W tym momencie, Zakiel wyciągnął dłoń obok siebie ,a z dymu wyłonił się łańcuch ,który go otaczał, długi i czarny jak smoła. Demon wskazał tylko na mnie ,a w moim kierunku ruszył jeden koniec łańcucha, oplątując mnie i krępując ręce. Łańcuch zacisnął się mocno na moich ramionach ,a po chwili poczułem jak pieczęć zaczyna znów piec, Zekiel obszedł mnie i zbliżył się do moich pleców, rozerwał podkoszulek po czym kątem oka dostrzegłem jak jego dłoń cała tonie w ogniu. Demon, zbliżył dłoń do moich pleców, a ja czułem jak gorąca dłoń przesuwa się od karku w dół wzdłuż kręgosłupa, kolejno odsłaniając symbole pieczęci. Ból był nie do wytrzymania, czułem jak gniew wylewa się ze mnie wiadrami, oczy paliły żywym ogniem, mięśnie zdawały się zastygnąć jakby były z kamienia, czułem niepohamowaną chęć zmasakrowania go za to co mi robił lecz łańcuch mocno zaciśnięty, nie pozwalał mi na jakikolwiek atak. Po chwili ból ustąpił,łańcuch się poluzował ,a ja upadłem na kolana, starając się resztkami sił w rękach, utrzymać twarz nad ziemią. Zekiel spojrzał na mnie z pogardą i powiedział:

Zakiel: Mamy nie wiele czasu, pieczęć jest przerwana w co najmniej czterech głównych punktach, a jest ich sześć, czeka nas wiele ciężkiej pracy. 
Neythan: Nie mogę się doczekać...

Zakiel odwrócił się i dodał na odchodne, znikając w gęstym dymie:

 Zakiel Twój brat panie, na prawdę się postarał, ta pieczęć jest nie do złamania dla kogoś z zewnątrz, tylko istota ,która ją posiada może ją zniszczyć w sobie...

I zniknął, Ja zbierając się z ziemi zrozumiałem ,że nie będzie łatwo ale nie miałem nic do stracenia, jeżeli to moje dziedzictwo to dlaczego nie mogę z niego skorzystać. Nie byłem do końca przekonany co do słów Upadłego ale wydawał się mieć rację, zwłaszcza teraz gdy Alan zginął ,a ja nie rozumiałem dlaczego co sprawiało tak wielki ból i gniew ,że nie myślałem zupełnie ani nie przejmowałem się tym jak skończę. Dla mnie wraz ze śmiercią mojego przyjaciela, umarłem Ja i nasze wspólne plany, marzenia. Nie miałem nic do stracenia więc zacząłem sumiennie uczyć się tego co Zakiel mi przekazywał. Tak oto, moje życie nabrało nowy kierunek nad ,którym zapanowała nienawiść...

niedziela, 5 października 2014

Rozdział II

~Cierń w sercu~


Poranek zapowiadał się świetnie, za oknem widać było cudowną pogodę, słońce świeciło, Ja wreszcie wypoczęty i pozytywnie nastawiony do życia, a To wszystko dzięki temu ,że odzyskałem kumpla. Wstałem, ubrałem się, zjadłem śniadanie i z uśmiechem na twarzy poszedłem się z nim spotkać. Gdy mijałem plac zabaw nieopodal domu Alana, dostrzegłem coś dziwnego. Było bardzo ciepło i nawet w jeansach i t-shircie mi było duszno ,a po drugiej stronie placu zauważyłem jakiegoś faceta, całego na czarno, w płaszczu, opartego o bramkę z papierosem w ręku. Może to jako tako jeszcze by nie było aż tak dziwne, bo w końcu każdy ma swój gust, ale czułem ,że co chwilę się mi przyglądał, a mnie przechodziły dziwne dreszcze. Przyśpieszyłem kroku i wszedłem pomiędzy  bloki by go zgubić. Gdy zszedłem z pola jego wzroku, ciarki ustały. To było dość dziwne, ale szedłem dalej, minąłem połowę osiedla i poczułem znów to samo, nerwowo zacząłem rozglądać się dookoła, pomyślałem ,że być może mnie śledzi ale nikogo nie było, Przyznam jak na porę dnia, czułem się jakbym wracał późną nocą po horrorze z kina. Zacząłem przyśpieszać aż przeszedłem do truchtu, musiałem znaleźć się jak najszybciej u Alana. Gdy byłem pod jego domem, złapałem oddech. Alan otworzył mi i spojrzał na mnie ze zdziwieniem:

Alan: Aż tak Ci się do mnie śpieszyło? - uśmiechnął się, zamykając drzwi za Neythanem
Neythan: Heh i tak byś mi nie uwierzył..
Alan: Taa zwłaszcza ,że ostatnio wiele się dzieje w co trudno uwierzyć.
Neythan: I jak, znalazłeś coś może?
Alan: Poświęciłem pół nocy na przeszukiwanie neta ale nie wiele..-westchnął, siadając przy komputerze
Neythan: Nie wiele czyli coś masz?
Alan: Taa.. znalazłem jakieś wzmianki na temat symboli na twoich plecach ,ale są dość niezrozumiałe dla mnie, naukowe określenia itp. ale autor mieszka nie daleko stąd, zajmuje się takimi sprawami i możliwe ,że coś wie.
Neythan: No to trzeba będzie go odwiedzić
Alan: Tak, ale to jednak jest dość kawałek, jutro będę miał cały dzień wolny więc możemy jechać.
Neythan: Dobra w takim razie spisz dokładny adres, a dziś muszę się dobrze przygotować
Alan: Na co przygotować? -spojrzał ze zdziwieniem
Neythan: No dziś idę do dyrektora z Ojcem, będę musiał tego dziada przeprosić
Alan: Aaa no tak, no to będziesz musiał się na prawdę postarać

Spojrzałem na Alana lekko poirytowany ale niestety miał racje, lecz nie miałem pojęcia jak to zrobić, dziś co prawda czuję się dobrze, ale nie mam pojęcia co może się wydarzyć gdy znów się zdenerwuje ale przy tym nauczycielu nie da się nie wkurzyć. Pozbierałem się i wróciłem do domu, akurat z pracy wrócił Ojciec, spojrzał na mnie i zmęczonym głosem powiedział:

Tata: Neythan, mam nadzieje ,że jesteś gotowy, chcę mieć to za sobą bo jestem zmęczony, zaraz idziemy do szkoły.
Neythan: Tak wiem.. 

Gdy dotarliśmy do szkoły, już czułem się gorzej, wiedziałem ,że lekko nie będzie ale musiałem się powstrzymać od negatywnych myśli. Weszliśmy do gabinetu dyrektora, czekał tam już Griff ,własnie skończył o czymś dyskutować z Dyrektorem, spojrzał na mnie na wpół groźnym wzrokiem lecz wciąż było widać ,że jest troszkę wystraszony. W normalnych okolicznościach, wewnętrznie bym triumfował ale obecna sytuacja nie była zupełnie pozytywna, nawet nie byłem pewien co zobaczył.
Dyrektor wpierw poprosił by został mój ojciec ,a ja miałem poczekać za drzwiami. Posiedziałem z dobre dwadzieścia minut, aż otworzyły się drzwi. Dyrektor machnął do mnie ręką, bym wszedł, usiadł na fotelu i zaczął:

Dyrektor: Rozmawialiśmy tutaj z twoim Tatą, co prawda to co zrobiłeś, kwalifikuje cię do tymczasowego zawieszenia ale to był pierwszy raz  jak przydarza się Tobie coś takiego, pan Griff powiedział nam ,że ostatnio byłeś na lekcjach roztargniony i widać było po Tobie zmęczenie. Doszliśmy do wniosku ,że tym razem darujemy ten wybryk ale lepiej by się nie powtórzył. 

Spojrzałem zdziwiony na mojego nauczyciela, nie wierzyłem w to ,że potraktował mnie po tym wszystkim tak łagodnie, w życiu bym się po nim tego nie spodziewał. Przyznam ,że zrobiło mi się głupio. Opuściłem wzrok i jedyne co mogłem zrobić to przeprosić. Tata podziękował dyrektorowi i nauczycielowi i wyszliśmy ze szkoły. Przeszliśmy kawałek drogi w ciszy, gdy usłyszałem głos ojca:

Tata: Heh..upiekło Ci się...mam nadzieje ,że czegoś się nauczyłeś...możesz mi powiedzieć co sprawiło ,że doszło do takiej sytuacji? Ostatnio chodzisz dość dziwny, prawie w ogóle Cię nie widać, znikasz nawet nie wiem kiedy.
Neythan: Tato, to nie tak, ostatnio nie czuje się najlepiej, ale to było chwilowe, może to ze stresu....jest okej, już więcej się....


Nie zdążyłem dokończyć, przed nami ujrzeliśmy tłum ludzi, okrążający ulicę, na chodniku stała karetka i policja. Nie ludzi było tak wiele ,że nie dało się dostrzec co się wydarzyło. Tata podszedł do swojego kolegi ,który stał nieopodal i zaczął z nim rozmawiać. Po chwili dostrzegłem jak Tata zrobił się cały blady ,a jego twarz nagle stała się taka..bez życia. Tata spojrzał na mnie i na chwilę zastygnął bez ruchu, nie wiedziałem co się dzieje, ale poczułem ,że coś jest bardzo nie tak. Nagle usłyszałem płacz kobiety, znałem ten głos i po chwili do mnie dotarło, nie wiele myśląc zacząłem się przedzierać przez tłum ludzi ,a gdy dotarłem na koniec, poczułem jakby nagle przeszyło mnie tysiące noży. Ujrzałem jakieś czarne auto stojące na poboczu i dwóch ratowników podnoszących nosze na ,których leżał czarny worek i gdy zobaczyłem i gdy zobaczyłem Kobietę ,której płacz słyszałem z tłumu, dotarło do mnie ,że to mój przyjaciel. Podbiegłem do worka i rozpiąłem go kawałek, ujrzałem bladą i lekko zakrwawioną twarz Alana. Nagle nastała cisza, wszystko ucichło, nie słyszałem karetki, ludzi, płaczu matki Alana, ani policjantów ,którzy mówili coś do mnie. Upadłem na kolana ,a w oczach pojawiły się łzy. Nie potrafiłem zrozumieć tego co właśnie się stało. Wydawało mi się jakbym uczestniczył w koszmarze i tak bardzo chciałem się wybudzić ale nie mogłem. Poczułem dłoń na ramieniu, mój Tata nie wiedział co powiedzieć, po prostu stał za mną i trzymał dłoń na ramieniu. 

Tata: Neythan, Ja....Ja....nie wiem co powiedzieć.
Neyhan: Spokojnie tato...jest okej. Muszę się przejść...sam.


Wstałem i ruszyłem w kierunku wzgórza na ,którym przesiadywaliśmy z Alanem. Czułem jakby świat nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, jakbym utknął w jakiejś pustce, nicości. Gdy dotarłem na miejsce, usiadłem na trawie i zacząłem patrzeć na niebo, czułem jak powoli napływa  nienawiść, Po chwili znów wszystko zaczęło piec, ale ja nawet nie bardzo to odczuwałem, byłem tak wściekły, że nawet nie walczyłem z tym, po prostu dałem się pochłonąć, dzięki temu ból był prawie nieodczuwalny, po chwili moje ręce przybrały czarny kolor, a wokół mnie pojawiła się mgła, była identyczna jak tych demonów ,które spotkaliśmy na górze, ale nie przejmowałem się.. poczułem się lepiej, nienawiść dawała mi siły, poczułem jak bardzo nienawidzę tego świata, przed oczami pojawiały się obrazy, mojego nauczyciela, martwego Alana, wszystkich ,którzy mi w dzieciństwie dokuczali, wszystko to sprawiało ,że mgła robiła się coraz gęstsza. Po chwili pojawiły się przede mną dwie postaci, jedną znałem, był to ten facet ,którego widziałem koło placu, a drugi przypominał jednego z demonów z góry. Facet spod placu podszedł do mnie, położył rękę na ramieniu po czym powiedział:


Arsen: Wiem co czujesz chłopcze, chodź z nami, jest ktoś kto chcę Ci pomóc, da ci to czego potrzebujesz..
Neythan: Skąd może wiedzieć czego chcę
Arsen: On wie więcej niż sobie wyobrażasz, zna ten świat od początków i podziela twoje zdanie, chodź z nami, a przekonasz się sam.

W tym momencie, poczułem ,że nie mam nic do stracenia, skinąłem głową po czym otoczyła nas chmura dymu i wznieśliśmy się wysoko i polecieliśmy w dobrze znanym mi kierunku. Gdy już stanęliśmy przed drzwiami, złapałem oddech i pełen nienawiści wszedłem do środka ,a w mojej głowie usłyszałem jego głos:

Głos: Witaj spowrotem Nathanaelu......czekałem na Ciebie...
Neythan: Podobno potrafisz mi pomóc.....słucham..

piątek, 3 października 2014

Rodział I

~Upadek~


Ocknąłem się po kilku godzinach, cały zmarznięty od podłogi. Wszystko ustało, udało mi się w końcu złapać oddech.  Podniosłem się powoli spoglądając w odbicie lustra w nadziei ,że jest już wszystko dobrze i nie zobaczę tych oczu ,albo czegoś gorszego. Położyłem dłoń na połowie twarzy i spojrzałem niepewnie, na szczęście nic już nie było, wyszedłem zmęczony z łazienki, czułem się jakbym przez cały dzień dźwigał większy ciężar niż mógłbym udźwignąć, byłem może 2 kroki od łóżka gdy poczułem mocny zawrót głowy po czym opadłem bezwładnie na nie, całkowicie zdezorientowany, jakby nie świadomy otoczenia.
 Oczy same się zamykały, były tak ciężkie.. zobaczyłem koło siebie jakiś cień jakby postać w czerni lecz nie byłem w stanie nic zrobić, w końcu zasnąłem. Obudziłem się późnym wieczorem, głowa pękała mi z bólu, jakbym balował przez miesiąc, rozglądnąłem się po pokoju ale nikogo nie było. Oparłem się o ścianę i zacząłem rozmyślać nad tym, co zrobić, nie miałem pojęcia jak sobie pomóc, zostałem zupełnie sam. Czułem smutek ,a jednocześnie gniew, żal do wszystkich za to ,że tak jest, zacząłem obwiniać w myślach każdą osobę ,którą znam. Coraz więcej nienawiści wypełniało moje serce, chodź rozum nie potrafił pojąć dlaczego i skąd się to bierze. Musiałem coś zrobić zanim gniew znów wróci, wziąłem jakiś magazyn ,który miałem pod ręką i zacząłem przeglądać ale to nic nie dawało, był już wieczór ale poczułem ,że muszę wyjść, liczyłem ,że świeże powietrze lepiej mi zrobi, jednak ojciec i matka nie spali jeszcze ,a ja nie mogłem wyjść z pokoju, poza tym nie chciałem ryzykować ,że powtórzy się to co na lekcji ,a może nawet coś gorszego.

 Podszedłem do okna, mój pokój był na piętrze więc trochę ryzykowałem, ale gdy spojrzałem w dół, nie poczułem ani trochę strachu. Uchyliłem stanowczym ruchem okno po czym przecisnąłem się i już chwytałem parapet gdy poczułem jak tracę równowagę , nie zdążyłem dobrze się chwycić i runąłem wprost do ogródka. Przez chwilę nie mogłem zaczerpnąć tchu, gdy już puściło i mogłem oddychać chodź z trudem, podparłem się dłońmi i podniosłem na tyle ile byłem w stanie, lecz gdy próbowałem wstać, poczułem przeszywający ból w całej nodze i upadłem. Powoli spojrzałem na obolałą nogę i zobaczyłem zakrwawione spodnie. Wyglądało na to ,że jest złamana, nie byłem w stanie na niej stanąć. Nie miałem pojęcia co zrobić, położyłem się na trawię by złapać trochę sił ,ale po chwili poczułem pieczenie nie do wytrzymania, zaciskałem zęby na tyle ile tylko pozwalała mi szczęka, ale ból był nie do zniesienia. Nie wiedziałem co się dzieje, spojrzałem na nogę ,a ze spodni unosił się jakby dym. To był przerażający widok ,a zarazem ból, na szczęście po chwili ustał.
Otarłem łzę spływającą mi po policzku, która pojawiła się zaraz po tym gdy  pieczenie ustało ,a ja mogłem poluzować zaciśniętą szczękę. Wyciągnąłem trzęsące się ręce w kierunku nogi i powoli zacząłem je podwijać nogawkę, gdy dotarłem do miejsca plamy krwi, nic tam nie było, ani rany, ani zadrapania, nic. Cokolwiek właśnie się zdarzyło, sprawiło ,że jeszcze bardziej pogubiłem się w tym wszystkim. Coraz bardziej odczuwałem potrzebę odpowiedzi na wszystkie pytania jakie wyrosły mi w głowie w wyniku tego co się działo ze mną i nie tylko, wiedziałem ,że mogłem znaleźć je tylko w jednym miejscu ale nie miałem odwagi się tam udać.
Stwierdziłem ,że nie mam wyjścia i muszę iść do Alana i z nim porozmawiać, tylko jemu mogłem zaufać i wiedział co się wydarzyło. Podniosłem się i ruszyłem w kierunku jego domu. Gdy dotarłem na miejsce, w jego domu już było ciemno co znaczyło ,że nie mogę tak po prostu zapukać i poprosić go, wkradłem się do jego ogródka i wspiąłem na balkon. Wiedziałem ,że jeszcze nie będzie spał i nie myliłem się, jak zwykle siedział przy książce i czytał. Zapukałem w szybę w nadziei ,że nie skończy się to czymś gorszym niż ochrzan. Alan skoczył na równe nogi z przerażenia, po czym wściekły podszedł do balkonu otworzył drzwi i na wpół szeptem powiedział:

Alan: Czy Ciebie powaliło? Wynoś się stąd!
Neythan: Posłuchaj mnie.
Alan: Nie mam zamiaru z Tobą gadać, co ci odwaliło by się włamywać do mnie, zejdziesz tak jak wszedłeś i módl się byś nie obudził nikogo w domu - złapał za klamkę od drzwi i zaczął je powoli zamykać
Neythan: Musisz mnie wysłuchać, tylko Tobie mogę to powiedzieć i zaufać. Po prostu mnie wysłuchaj i pójdę sobie.

Alan spojrzał na mnie podejrzliwym wzrokiem i powiedział:

Alan: Masz chwilę i potem się wynosisz, nie obchodzą mnie twoje problemy ale ja nie chcę mieć kolejnych przez Ciebie.
Neythan: Nawet nie wiem od czego zacząć. Po tej wycieczce na górę...stało się ze mną coś..
Alan: Nie rozumiem, możesz jaśniej? -zaplątał ręce i oparł się o ścianę udając zaciekawionego
Neythan: Wtedy gdy wszedłem do zamku, to nie do końca było z mojej własnej chęci, coś mnie tam zmusiło do zejścia, tam na dole było coś..nie umiem tego wytłumaczyć ale od tamtej pory dzieje się ze mną coś dziwnego.
Alan: Co konkretnie, masz na myśli to co zrobiłeś na Matmie? 
Neythan: To tylko nie wielka część. W domu, moja twarz się zmieniła, w lustrze widziałem jak moje oczy stają się czarne, a na plecach pojawiły się u mnie dziwne symbole.
Alan: Ty zacząłeś ćpać prawda? Wiedziałem ,że narobisz mi problemów- westchnął, kręcąc głową
Neythan: Ja nie biorę nic, to jest prawda, spójrz!

Ściągnąłem koszule i pokazałem mu te symbole, Alan troszkę był zaskoczony ale szybko znalazł na to własne wytłumaczenie:

Alan: Heh nie dość ,że bierzesz to jeszcze tatuaż sobie walnąłeś...pięknie
Neythan: Ja nie biorę! 


W tym momencie, rana znów zaczęła piec. Zdenerwowałem się po czym zobaczyłem jak twarz Alana z szyderczego uśmiechu zamienia się w przerażenie malowane na bladej jak kreda skórze. Cofnął się ode mnie kilka kroków i powiedział spokojnym głosem:

Alan: Dobrze, Neythan wierzę, tylko teraz się uspokój..
Neythan: Nie rozumiem, nagle mi wierzysz? Bo podniosłem głos?
Alan: Nie...twoje oczy na prawdę się zmieniły.. Co się z Tobą stało? -spytał drżącym głosem
Neythan: Nie mam pojęcia, ale odpowiedź na to wszystko znajdę tylko w jednym miejscu.
Alan: Nie! Nie ma mowy! Coś wykombinujemy, a do tego czasu musisz starać się panować nad nerwami.
Neythan: Gdyby to było takie proste...
Alan: Nie ma innego wyjścia. wróć teraz do domu, a ja jutro zadzwonię i poszukamy informacji. 
Neythan: Dobra...dzięki stary, przepraszam Cię jeszcze raz.
Alan: Nie ważne, po prostu zajmijmy się teraz tym. Leć już póki ojciec nie wstał na nocną przekąskę.

Powoli wydostałem się z posesji Alana i udałem się do domu. Udało mi się jakimś cudem wdrapać do pokoju, położyłem się i z troszkę szczęśliwszy mogłem zasnąć, przynajmniej odzyskałem kumpla i nie zostałem z tym samemu. Powoli zaczynałem myśleć ,że już po mnie.

niedziela, 28 września 2014

Rozdział I

~ Znamię ~


Gdy udało nam się zbiec z góry, Alan położył się na trawie i rzuciwszy broń na ziemie, położył dłonie na twarzy, wykrzykując chyba wszystkie możliwe przekleństwa jakie przyszły mu do głowy.
Ja sam nie wiedziałem co o tym myśleć, byłem tak roztrzęsiony ,że nawet nie potrafiłem skupić się nad tym gdzie jesteśmy ani ,która jest godzina, kompletna pustka. Alan podniósł się i chodząc w ,kółko zaczął się wydzierać:

Alan: Co to do cholery było?! Mówiłem byśmy tam nie szli! Mówiłem! Dlaczego Ja wciąż daje się namawiać Tobie na tak głupie rzeczy.
Neythan: Alan, uspokój się. Przepraszam, nie spodziewałem się ,że takie coś może istnieć, myślałem ,że to głupie zabobony. 
Alan: Nie dało Ci do myślenia samo to ,że żaden człowiek ŻADEN! nigdy się tam nie zapuszczał? Wiele jest debilów ,którzy by dla popisu by tam poszli ale o dziwo się nie znaleźli ,aż do dziś.
Neythan: Rozumiem, nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć. Przepraszam Cię stary..
Alan: Wiesz co, jak wrócimy do miasta, wracam do domu i nie chcę z Tobą gadać. Mam dość twoich pomysłów -Chwycił nerwowo za broń i plecak po czym ruszył szybkim krokiem w stronę miasta
Neythan: Ej Alan! Przecież przeprosiłem Cię, daj spokój no.

Całą drogę próbowałem go przeprosić, ale to nic nie dawało, jego twarz była pełna nienawiści, nawet na mnie nie spojrzał. Do miasta dotarliśmy w ciszy, gdy byliśmy blisko naszych domów odwrócił się tylko i powiedział:

Alan: Masz po mnie nie przychodzić i się do mnie nie odzywać, nie mam zamiaru więcej z Tobą gadać....narazie. -odwrócił się i poszedł
Neythan: Ale ja nie chciałem....Alan no... 

Poczułem się podle, nie wiedziałem co zrobić. Wróciłem do domu, minąłem rodziców, nawet nie wiem co do mnie mówili, wszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi na zamek i położyłem się. Byłem wściekły, nie miałem pojęcia co robić. Zacząłem nerwowo rzucać piłeczką o ścianę, próbując skupić się i zrozumieć co się wydarzyło. Nie potrafiłem zrozumieć tego jak to wszystko możliwe, teraz nawet opowieść mojego Ojca stała się bardziej rzeczywista. Sam nic nie mogłem wymyślić, wciąż po głowie chodził mi ten głos ,który usłyszałem w zamku. Byłem zagubiony ,a w dodatku jeszcze przybity zachowaniem Alana, ale to są efekty mojego głupiego myślenia. Musiałem coś wymyślić, wszedłem do internetu i zacząłem szukać jakichkolwiek informacji na temat tej góry, wszystkich legend i wzmianek o tym co tam się wydarzyło bądź mogło znajdować jednak znalazłem tylko to co sam wiedziałem. Zacząłem się powoli denerwować, nie mogłem nic wymyślić ani zrobić, w tym momencie znów poczułem straszny ból na plecach, gorszy niż tamtej nocy, Pobiegłem szybko do lustra ,ale tym razem zobaczyłem coś zupełnie innego niż tylko bliznę. Pomiędzy bliznami, na kręgosłupie pojawił się ciąg symboli, od karku aż do lędźwi. Wystraszyłem się, ale nie tego ,że będę mieć przerąbane za tatuaż od rodziców ,a tego ,że te symbole widziałem w księdze z ,której czytałem w zamku. Nie wiedziałem co robić, blizny się zaogniły i strasznie piekły ale nie mogłem pokazać tego nikomu, nie wiedziałbym jak to wszystko wyjaśnić. Obłożyłem plecy ręcznikami zmoczonymi zimną wodą i położyłem się. Spróbowałem zadzwonić do Alana, nawet nagrałem się na pocztę ale wiedziałem ,że to na nic. Teraz byłem zdany tylko na siebie. 

Po kilku godzinach udało mi się zasnąć. Przespałem może z godzinę ,a gdy otwarłem oczy, okazało się ,że to już poniedziałek i miałem może z dwadzieścia minut na dotarcie na lekcje. Pozbierałem się tak szybko jak tylko mogłem i pozwoliła mi na to piekąca blizna. Oczywiście spóźniłem się i oczywiście na moje nieszczęście było to zastępstwo z tym dziadem. Tym razem nie miałem jak przejść nie zauważony. Wszedłem powoli do klasy, podszedłem do biurka i powiedziałem lekko przestraszony:

Neythan: Dzień dobry Panie profesorze, bardzo przepraszam za spóźnienie.
Prof.Griff: O proszę, pan Holt zdaje się zgubił w pośpiechu zegarek. -zaśmiał się szyderczo 
Neythan: Bardzo przepraszam, to się nie powtórzy -odwróciłem się i ruszyłem w kierunku swojej ławki.
Prof. Griff: Panie Holt, myślę ,że pan wie w jaki sposób nadrabiają spóźnialscy swój błąd?

Tak. Była to karna odpowiedź. Oczywiście nie byłem przygotowany, szedłem tam jak na rzeź, tej pały nie można było poprawić ,a ja i tak nie byłem najlepszym uczniem. Wiedziałem już jak się to skończy, ale nie mogłem nic zrobić. Stanąłem przed nim i wyczekiwałem pytania. Oczywiście nie mogło się obyć bez jego tradycyjnej taktyki przesłuchania. Gdy zaczął stukać długopisem o stolik, poczułem jak budzi się we mnie każdy nerw, ciśnienie skoczyło mi jak szalone, znamię zaczęło piec ,a ja czułem jakbym powoli tracił kontrolę nad sobą. Gdy zadał mi pytanie, na chwilę urwał mi się film. Gdy się ocknąłem, zobaczyłem jak cała klasa wpatruje się we mnie przestraszona ,a ja byłem oparty o biurko nauczyciela. Jego twarz..pierwszy raz widziałem by ten dziad był tak wystraszony, usłyszałem tylko jak dukał powoli zdanie:

Prof. Griff: C..co ci się stało? P..proszę stawić się u dyrektora po lekcjach z ro..rodzicami panie Holt.

Zabrałem gwałtownie ręce z biurka i szybko skierowałem się w stronę drzwi. Kątem oka zobaczyłem tylko jak Alan patrzy na mnie z przerażeniem. Wiedziałem ,że cokolwiek się wydarzyło, spowoduje ,że jedynka z odpowiedzi będzie najmniejszym problemem. Wybiegłem ze szkoły i ukryłem się nieopodal, za garażami. Usiadłem na ziemi, wyciągnąłem telefon i starałem się zobaczyć swoją twarz w ekranie. Byłem cały czerwony, w środku czułem jakby tlił się ogień, blizna nie dawała spokoju, a dodatkowo byłem taki wściekły. Siedziałem tam i starałem się uspokoić ale wiedziałem ,że gdy wrócę do domu, będę mieć solidny ochrzan, już nie mówię o tym co mnie czeka u dyrektora. Pozbierałem się i powoli szedłem do domu, gdy stanąłem przed drzwiami, bardzo długo zastanawiałem się czy wejść do środka. ale nie było wyjścia. Otworzyłem drzwi i powoli wszedłem do salonu. zobaczyłem tam zmartwioną mamę i wściekłego Ojca, Już wiedziałem ,że jest źle, tata kazał mi usiąść po czym odezwał się ciężkim głosem:

Tata: Wiesz o co chodzi prawda? - spojrzał na mnie zimnym wzrokiem
Neythan: Tak wiem. 
Tata: Możesz to nam jakoś wytłumaczyć?
Neythan: Nie potrafię, sam nie wiem co się tak na prawdę stało. Nie pamiętam nic ,aż do wyjścia z sali.
Mama: Nie pamiętasz? Neythan, czy....czy  ty bierzesz narkotyki? - spojrzała na mnie z przerażeniem
Neythan: Nie! mamo nie! Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie wiem co się ze mną stało.
Tata: Dzwonił do mnie dyrektor, rozmawiał z profesorem ,który powiedział ,że zachowywałeś się jak demon, bał się ,że go pobijesz. Nie wiem co się z Tobą dzieje, ale mamy się jutro stawić u dyrektora, przeprosisz oficjalnie profesora, a teraz idziesz do swojego pokoju i nie widzę Cię do jutra jasne?
Neythan: Tak.......przepraszam.



Krzyki mojego ojca i jego wzrok znów wywołały u mnie gniew, resztkami sił powstrzymałem się od wybuchu agresji, uciekłem do pokoju najszybciej jak tylko mogłem. Zatrzasnąłem drzwi i wbiegłem do łazienki, zerwałem podkoszulek i zacząłem oblewać nadgarstki i twarz lodowatą wodą jednak nic to nie dawało. Gdy spojrzałem w lustro....osłupiałem, moje oczy były czarne, nie było widać ani źrenic ani białek, wszystko było czarne. Wystraszyłem się nie na żarty, ale po chwili wróciło wszystko do normy. Byłem spanikowany i zdezorientowany. usiadłem w koncie łazienki, zamknąłem oczy i starałem się o niczym nie myśleć. Jedyne na co liczyłem to, by jak najszybciej się uspokoić.


Str.4

środa, 24 września 2014

Rozdział I

~sekret przeklętej góry~




Wstał długo oczekiwany dzień, wreszcie wyglądnąłem przez okno z uśmiechem na twarzy. Zbiegłem na dół, by zjeść zwyczajnie śniadanie, nie wzbudzając podejrzeń. Mama jak zawsze od świtu już na nogach ,a Ojciec docierał do krzesła, wykończony. Trudno się dziwić, spał tylko 2 godziny ale czego innego można się spodziewać po pracy w straży pożarnej, nigdy nie wiesz kiedy cię wezwą. Usiadłem grzecznie do śniadania, i udawałem ,że niechętnie otwarłem oczy. Tata zajął się gazetą, mama oczywiście ostatnia siadała do stołu, wyznawała zasadę ,że gospodyni siada do stołu ostatnia ,gdy wszystko będzie gotowe, dzięki temu nie musiałem się zbytnio wysilać na udawanie. Zjadłem, poszedłem na górę i zacząłem się ubierać, na wszelki wypadek przeleciałem jeszcze szybko listę po czym zszedłem na dół i oznajmiłem ,że wybieram się ze znajomymi na weekend na ognisko więc gdy wrócą z pracy to mnie nie będzie. Tata tylko pokiwał głową, zajęty papierami, a mama wypytała o kilka organizacyjnych spraw typu: kiedy będziesz, co będziecie robić itp. Szczerze mówiąc byłem zaskoczony, że tak łatwo dali się namówić, ale byłem zbyt szczęśliwy by się przejmować. Zbiegłem do piwnicy i przez okno wypchnąłem plecak na taras w razie gdyby mamie przyszłoby do głowy mi coś pakować na drogę. Wyszedłem z domu jak gdyby nigdy nic i poszedłem po Alana. Umówiliśmy się ,że będzie czekał na wzgórzu na ,którym się zawsze spotykamy. Stał spakowany i ubrany jakby szedł na wojnę, nie wiem po co mu była strzelba łowiecka. Podszedłem do niego i doglądając jego ekwipunku spytałem:

Neythan: Idziesz w góry czy na wojnę? -zaśmiałem się delikatnie
Alan: Nie, ale przecież nie wiemy co tam może być, ojciec miał na strychu zapasową strzelbę to wziąłem.
Neythan: No dobra ,a te świece dymne i noże?
Alan: Oj daj już spokój, nie wierze ,że aż tak jesteś pewny siebie ,że nie obawiasz się tego co może tam czyhać.
Neythan: No dobra, też się nad tym zastanawiam ale aż tak się nie boje, wziąłem swój nóż łowiecki i maczetę, to powinno wystarczyć.
Alan: Już mam ciarki
Neythan: Spokojnie, nie kracz to nic złego się nie stanie. Idziemy.


No i ruszyliśmy. Do podnóża góry było sporo drogi, dotarliśmy tam po 3-4 godzinach, zrobiliśmy ostatni postój przed naszą najważniejszą trasą. Góra była faktycznie troszkę straszna, jej podstawę  otaczały gęste lasy ,które były okryte mgłą, która nigdy nie znikała. Postanowiliśmy ,że pójdziemy opuszczoną ścieżką pasterzy ,a potem skręcimy, kierując się na szczyt. Droga początkowo wydawała się zwyczajna, nie było jakiś nadzwyczajnych istot ani jakichś symboli czy innych straszydeł z opowieści ludzi, jednak Alan szedł jak na szpilkach, cały czas się rozglądał ,a wystarczył mały szelest by jego ręka poszybowała w kierunku pochwy na broń. Wyrównałem z nim kroku i spróbowałem go trochę zagadać by nie panikował. 

Neythan: Ty dalej zdania ,że tutaj straszy? Przeszliśmy już spory kawałek ,a jedyne co widziałem w miarę strasznego to jeleń ,który wypiął się w moją stronę chcąc załatwić pewne potrzeby.
Alan: Może i masz rację ale skądś musiały się wziąć te wszystkie historie, no i dlaczego by ludzie do tej pory bali się tutaj przychodzić.
Neythan: Bo głupota nie zna granic, jak wrócimy, będziesz mógł ich wszystkich wyśmiać.
Alan: Oby...

Dotarliśmy do połowy góry, nic niezwykłego jednak w niej nie było. Wszystko co straszne to tylko ta głupia mgła unosząca się nad lasem. Zatrzymaliśmy się przy stercie głazów na ,których mogliśmy się na chwilę rozłożyć. Ja właściwie miałem jeszcze dużo sił ale troszkę zgłodniałem, Alan zrobił tylko kilka łyków wody i stwierdził ,że możemy iść dalej. Brak zmęczenia to raczej nie był tylko ogromna chęć zniknięcia z tej okolicy w szybkim tempie. Ruszyliśmy dalej, tym razem zrobiło się bardziej stromo co trochę utrudniło. Kawałek dalej ukazała nam się jaskinia, była spora i strasznie ciemna. Alan gdy tylko ją dostrzegł, od razu spanikował, oczywiście tego brakowało. Westchnąłem tylko i powoli wszedłem do środka, odpalając jedną ze świec. Z początku niby nie było nic szczególnego, parę nietoperzy, jakieś tam oznaki przebywania jakichś zwierząt i nic więcej, lecz gdy weszliśmy głębiej, poczuliśmy dziwny zapach. Zrobiliśmy kilka kroków dalej, kazałem Alanowi poświecić  na ziemię i w tym momencie nawet ja poczułem gęsią skórkę. Wewnątrz, ta jaskinia była pełna szkieletów, ludzkich szkieletów. Alan nie potrzebował więcej argumentów za tym by natychmiast opuścić jaskinię, właściwie to ja również. Wybiegliśmy stamtąd po czym Ja skierowałem się w stronę szczytu Alan z kolei w dół:

Neythan: Ej, nie w tą stronę
Alan: Wręcz przeciwnie, nie widziałeś co tam było?
Neythan: Widziałem ale to były bardzo stare szkielety, zaszliśmy daleko, nie chcę teraz się cofać.
Alan: Stary, przecież tutaj mogą żyć kanibale, jakieś bestie, cokolwiek co jest w stanie nas zeżreć ,a z naszych kości zrobić poduszkę do tego leżenia.
Neythan: Nie świruj, gdyby tak było to byśmy już dawno na jakiegoś natrafili ,a przeszliśmy już większa połowę i ani żywej duszy.
Alan: I uważasz ,że twój argument wygrywa z tym widokiem?
Neythan: Daj spokój, przecież masz broń, ja również. Dobra zrobimy tak, jeżeli natrafimy na kolejną podobną rzecz bądź zobaczymy coś dziwnego to wracamy natychmiast.
Alan: Wtedy może być już za późno..
Neythan: Wiesz co, ja nie mam zamiaru wracać, dalej mogę iść sam, Ciebie nie zmuszam.
Alan: To jest szantaż, wiesz dobrze ,że nie zostawię Cię samego.
Neythan: Damy radę, a słowa dotrzymam. Jedna dziwna istota bądź coś pokroju tego stosu kości i wracamy.
Alan: Ahh no dobra...


Powoli zaczynało się ściemniać więc ruszyliśmy dalej, Alan był wściekły i zarazem przerażony. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć, sam też troszkę się wystraszyłem. Od jaskini z każdym krokiem gdy zbliżaliśmy się do szczytu, czułem się coraz dziwniej, W pewnym momencie gdy rozejrzałem się po lesie, przypomniał mi się mój sen i okolica była dokładnie taka sama jak w nim. To mnie trochę zaniepokoiło, ale nie chciałem bardziej straszyć Alana więc szedłem dalej. Wreszcie wyszliśmy z lasu, na szczycie rozciąga się niewielka łąka ,a na niej ujrzeliśmy zamek ,a raczej to co z niego zostało. Alan nie czekał dłużej, tylko sięgnął do torby i wyciągnął z pochwy, strzelbę. Podeszliśmy powoli do wejścia i dokładnie go obejrzeliśmy, niby nie było w nim nic strasznego, zwykły stary budynek, jednak na żelaznych drzwiach były dziwne symbole, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Alan spojrzał na mnie z przerażeniem, Ja natomiast mimo iż obawiałem się tego co się za nimi kryje, czułem ,że muszę tam wejść. Alan chciał mnie zatrzymać ale nie mogłem tego zrobić, w momencie poczułem jakby coś zmuszało mnie bym wszedł, im bardziej opierałem się tym bardziej coś naciskało na mnie i zmuszało do wejścia. Zniknąłem za drzwiami, a Alan biedny został sam, sparaliżowany ze strachu. Przede mną ukazał się bardzo długi korytarz, prowadzący w dół. Szedłem nieświadomie, przed siebie, serce waliło mi jak oszalałe jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. Dotarłem do jakiejś ogromnej sali pod ziemią. Dookoła stały tylko posągi jakichś postaci ze skrzydłami, wyglądały jak anioły jednak ich twarze były szpetne, demoniczne, w dłoniach trzymały miecze, trójzęby, i inne starożytne bronie. Na końcu komnaty stał ołtarz w ,którym były złożone różne przedmioty, a po środku stała żelazna skrzynia. Podszedłem do niej jednak nigdzie nie było widać zamka, za to na wieku skrzyni było wytłoczone miejsce na dłoń. Po chwili usłyszałem za moimi plecami hałas, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem księgę ,która sama wertowała strony. Zatrzymała się na stronie gdzie był jakiś ,krótki tekst jednak nie znałem tego języka. Cokolwiek znaczył, same symbole wokół niego dawały do zrozumienia ,że nie powinien być przeczytany ,ani żaden inny w tej księdze lecz coś mnie zmuszało ,a ja nie wiedziałem co, bałem się, nie wiedziałem co robić, nie mogłem uciekać ani krzyczeć. Po dłuższej walce, w końcu nie dałem rady i zacząłem czytać. Czułem się tak jakby ktoś stał za mną i pociągał za sznurki ,które były przyczepione do mojego ciała. Gdy skończyłem czytać, moje ciało odwróciło się i zbliżyłem się do skrzyni, położyłem dłoń na wgłębieniu i poczułem straszny ból w dłoni, gdy udało mi się wyswobodzić rękę, zobaczyłem ,ranę ,która biegła przez całą szerokość dłoni, zaraz po tym skrzynia wydała z siebie przerażający dźwięk, jakby skrzypienie i wieko otwarło się, a z środka wydobył się jakiś dziwny czarny dym, który zatrzymał się przede mną na wysokości twarzy po czym zobaczyłem tylko jak rusza w kierunku mojej twarzy i straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, nie czułem już żadnego skrępowania. Podniosłem się cały obolały, a gdy złapałem już równowagę usłyszałem coś czego nie chciałem usłyszeć, to był głos z mojego snu, tym razem był On bardzo wyraźny:

Głos: Nathanaelu.....
Neythan: Kto to powiedział!?!
Głos: Nathanaelu pomóż mi....wypuść mnie, wydostań mnie stąd..

Zerwałem się natychmiast w stronę drzwi, biegłem ile sił w nogach, gdy dotarłem do nich, usłyszałem jak padło kilka strzałów, po przekroczeniu progu zamku, zobaczyłem Alana ,który mierzył w jakieś dwie postaci stojące kilka kroków od nas:

Neythan: Alan co się dzieje??
Alan: Oni...to demony, strzelam do nich ale nie mogę ich ranić.. - wydukał przerażony
Neythan: Kim wy jesteście?!?!

Żaden z nich nie odpowiedział, spojrzeli na siebie po czym zniknęli w identycznym dymie jaki uwolnił się ze skrzyni. Rozglądnęliśmy się dookoła i ruszyliśmy pobiegliśmy ile sił w nogach w las. Stało się dokładnie to co śniło mi się kilka dni wcześniej, biegliśmy nie patrząc za siebie, staraliśmy się tylko oddalić jak najbardziej od tego zamku.

Str.3

wtorek, 23 września 2014

Rozdział I

~Głosy~


Nie przespałem ani minuty, byłem tak podekscytowany swoim planem, że sen stawał się dla mnie tylko uciążliwy. Wciąż do głowy przychodziły mi najrozmaitsze wizje tego co nas tam czeka. Wiedziałem dobrze ,że Alan nie jest zachwycony, prawdę mówiąc, trochę mu współczułem ,że musi znosić moje pomysły ,ale dałem mu przecież wybór. W końcu nastała środa, do wyjścia zostały dwa dni, mieliśmy tylko weekend na to by dostać się jak najdalej to będzie możliwe i wrócić by nikt nie podejrzewał nas o nic. Plecak skryłem w piwnicy, za starą szafą, byłem pewien ,że nikt tam nie zagląda więc spokojnie, oczekiwałem dnia wyprawy. Alan oczywiście, codziennie próbował mnie jakoś zniechęcić różnymi argumentami, lecz był świadom tego ,że nic mu to nie da. W drodze do domu, ze szkoły uzgodniliśmy ,że spotkamy się jeszcze wieczorem i sprawdzimy czy wszystko gotowe. Przyszedłem do domu, zjadłem szybko obiad i poszedłem do pokoju odespać, poprzednią noc. Nie wiem czy to wina głupich argumentów Alana, czy tych wszystkich opowieści ,które mi przypomniał na wzgórzu ale przyśnił mi się dość dziwny koszmar.



 Śniło mi się ,że biegnę przez las, jakbym przed czymś uciekał ale sam nie wiedziałem przed czym. W pewnym momencie zdawało mi się ,że ktoś zaczął do mnie szeptać. Nie znałem tego głosu, a słowa ,które ten ktoś wypowiadał były nie wyraźne. Starałem się przysłuchać możliwe jak najmocniej by coś zrozumieć, ale w pewnej chwili głos ustał, a ja obudziłem się z przeraźliwym bólem na plecach. Pobiegłem do łazienki by zobaczyć w lustrze co to było, czułem się jakby ktoś przytknął mi do ramion jakiś rozgrzany przedmiot. W lustrze nic nie widziałem poza moim znamieniem. Było dość dziwne, wyglądały tak jakby ktoś narysował mi dwie linie znajdujące się na łopatkach. Może to dziwne ale wydawało mi się ,że to te znamiona mnie tak piekły. Mimo to nic na plecach nie znalazłem więc stwierdziłem ,że to może poparzenie od słońca, niedawno skończyły się przecież wakacje, a my spędzaliśmy wiele czasu nad rzeką i przyznam ,że przesadziłem ze słońcem. Położyłem się wygodnie na łóżku, tym razem na brzuchu, na wszelki wypadek. Minęło może kilka minut jak z powrotem zasnąłem jak zabity, na szczęście tym razem już przespałem całą noc.
 Wstałem spóźniony, wyparowałem z łóżka jak poparzony i począwszy ubierać się w pokoju, skończyłem w połowie drogi do szkoły. Nie dbałem o to co ludzie pomyślą, bardziej przerażał mnie fakt ,że spóźnię się na lekcję jednego z najgorszych nauczycieli jaką posiadała ta szkoła, a był Nim profesor Griff ,który jak dla mnie mógł być spokrewniony z samym diabłem. Gdy dotarłem pod klasę, modliłem się tylko by przemknąć, jakoś niezauważony do ławki i ukryć się przed jego sądnym spojrzeniem, który niósł za sobą więcej cierpienia niż czterech jeźdźców apokalipsy. Uchyliłem lekko drzwi i próbowałem ściągnąć uwagę Alana. Gdy już wreszcie udało mi się, dałem mu do zrozumienia by odwrócił uwagę tego starego złośliwca. Spisał się doskonale, zawsze potrafił mnie zaskoczyć swoimi pomysłami, a to w jaki sposób poświęcał się im były godne każdej nagrody. Alan podszedł do Griffa i ryzykując własnym życiem, postanowił zgłosić się do odpowiedzi. Miejsce odpowiadających zawsze było po drugiej stronie klasy, między oknem ,a biurkiem nauczyciela, lecz pan Griff lubił nadawać temu miejscu specyficzny urok, bowiem za każdym razem gdy ktoś stawał do odpowiedzi, ten dziad rozsiadał się wygodnie na krześle, i zakładając nogę na nogę jak pan i władca ,zadawał pytanie po czym zaczynał umiejętnie świdrować wzrokiem, jednocześnie przesuwając powolutku lampkę na biurku, starając się wyprowadzić tym z równowagi ofiary. Może i głupie ,ale jeżeli będziecie stać kiedyś do odpowiedzi, wyobraźcie sobie, lampkę żywcem wyjętą z filmów gdzie przesłuchiwano ludzi w ciemnych pomieszczeniach i świecono po nich takim czymś. Założę się ,że nie jeden z was nie potrafiłby się skupić, ale na szczęście, Alan był prymusem i nie tylko Ja o tym wiedziałem, a To poniekąd nie podobało się Griffowi, dzięki czemu jeszcze więcej serca wkładał w swoje ''tortury'' co pozwoliło mi na przemknięcie do celu, niezauważonym. Alan na szczęście dotrwał jakoś do końca i wrócił do ławki łapiąc oddech jakby spędził pół godziny pod wodą. 
Neythan: Dzięki stary, jestem znów twoim dłużnikiem.
Alan: Daj spokój, lepiej powiedz czemu się spóźniłeś?
Neythan: Przespałem tylko pół nocy, miałem dziwny koszmar ,a w dodatku zerwał mnie z łóżka ból pleców. 
Alan: Ból pleców? Stało ci się coś?
Neythan: Właściwie to nie, sprawdzałem w lustrze ale nic nie było. Może to od tego opalania się. 
Alan: Możliwe, w końcu 2 dni chodziłeś jak manekin po tym jak zasnąłeś nad rzeką.
Neythan: Bardzo śmieszne, przynajmniej nie wyglądałem jak trup, wiele dziewczyn się za mną obracało.
Alan: No to na pewno, w końcu byłem jedynym czerwonoskórym nad rzeką- zaśmiał się pod nosem
Neythan: Dobra, dobra...jesteś gotowy na wyprawę?
Alan: Ehh...myślałem ,że ci przejdzie......tak jestem 

W tym momencie poczułem ciarki ,które przeszyły mnie niczym garść igieł wystrzelona bezpośrednio w moje plecy...

Prof.Griff: Czy ja może wam przeszkadzam, panie Holt?
Neythan: Nie nie panie profesorze, ja tylko...
Prof.Griff: Nie obchodzi mnie to, jeżeli jeszcze raz..-słowa profesora przerwał dzwonek
Neythan: Rozumiem panie Profesorze to się nie powtórzy

Złapałem za plecak i wystrzeliłem z klasy. Alan dogonił mnie dopiero w drzwiach szkoły. Potem poszliśmy, do sklepu i w drodze do domu opowiedziałem mu wszystko. Alan trochę zbladł i powiedział:

Alan: Nie widzisz w tym nic dziwnego?
Neythan: Co takiego?
Alan: Śnił ci się las, uciekałeś, głos.. Darujmy sobie tą wyprawę proszę cię.
Neythan: Nie panikuj ,to właśnie przez te pierdoły ,które opowiadałeś mi, pewnie miałem ten koszmar. Ochłoń, to mi się śniło ,a jakoś nie przeżywam. Chodź do mnie, sprawdzimy pogodę na weekend i okolice tej góry.
Alan: Mam złe przeczucia..
Neythan: Ty zawsze je masz
Alan: Tylko jak zgadzam się na twoje pomysły.

Dotarliśmy do domu i poszliśmy dopiąć wszystko na ostatni guzik. Nie miałem zamiaru się wycofać po jakimś koszmarze.


Str.2

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział I

~Miasto upadłych~

Prolog

Opowiem wam moją historię lecz zacznę ją od innego początku......Zapewne znacie takie istoty jak anioły prawda? Założę się ,że tak, tak więc kiedyś, baardzo dawno temu, pewien anioł zbuntował się, przez co doszło do wielkiej wojny wysoko na niebie. Stoczyły ją białe, dobre anioły z tymi ,którzy postanowili pójść w ślady swojego zbuntowanego brata. Wojna przeniosła się na ziemie, gdzie ucierpiało wiele niewinnych ludzi. Białe anioły postanowiły zebrać ludzi w jednym miejscu i część z nich dostała zadanie by strzec ich do końca wojny. To wszystko trwało 72 dni, a na ziemi nie było źdźbła ,które nie byłoby uczestnikiem rzezi ,która na szczęście rozstrzygnęła się dobrze dla białych aniołów. Ledwo ale ostatecznie udało się im pokonać buntowników, a ich przywódce, którego nazwano Pierwszym Upadłym, trójca archaniołów postanowiła, ukarać zamykając w Szeolu. Było to miejsce ,które do niedawna było traktowano jako pustkę ale szybko wypełniła się wojskiem Pierwszego ,a zaś On sam zasiadł tam niczym w więzieniu. Pierwszy nie mógł wydostać się z niego dlatego starał się za wszelką cenę znaleźć coś w rodzaju szpary, jak dziurka od klucza ,która miała służyć do zapoczątkowania swojego planu, na ziemi bowiem ukryło się wiele upadłych aniołów ,które wystraszyły się konsekwencji swoich czynów. Niektórzy z nich wykorzystali do tego ludzkie kobiety ,które miały ich ukryć. Wiele z nich zostało znalezionych i również zesłanych w to samo miejsce gdzie reszta, lecz Upadły pokładał nadzieje w tym ,że któryś z jego sług pozostał nieuchwytny. Tak też było, jednak ani Upadły ani Archaniołowie nie mogli go znaleźć ponieważ jeden z upadłych aniołów, w przeciwieństwie do swoich braci, wbrew wszelkim zasadą, obdarzył kobietę uczuciem śmiertelników. To uczucie sprawiło ,że postanowił zrezygnować zarówno z nieba jak i skrzydeł i zapieczętował je, dzięki czemu stał się człowiekiem. Minęło wiele  tysięcy lat od wielkiej wojny, ale Upadły był nieugięty..................i oto zaczyna się moja historia.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I

Pamiętam ,że gdy byłem bardzo mały, ojciec co wieczór opowiadał mi historię tego miasta, o wielkich aniołach i tym jak schronili tutaj wiele ludzi, bronili dzielnie po czym gdy wojna się zakończyła, ludzie w geście wielkiej wdzięczności, wybudowali tutaj osadę ,którą nazwano ''Angels Island'' potem z biegiem czasu nazwa zamieniła się na Winged City. Ta opowieść nigdy się nie nudziła bo zawsze potrafił ją opowiedzieć w inny sposób. Zawsze sobie wyobrażałem ,że jestem takim białym aniołem ,który wygrywa ze złem i spycha ich w dół. W miarę upływu czasu, gdy dorastałem, historię te już tak mnie nie ciekawiły, stawałem się już dorosły i poważny ( jeżeli można tak powiedzieć o nastolatku ) , zacząłem wieczory spędzać ze znajomymi, a moje myśli zajęła szkoła i inne pierdoły ,których strasznie nie trawiłem. Jedyne co pozostało po tych niesamowitych opowieściach to, fakt ,że mój ojciec był aż za bardzo przywiązany do nich, a co za tym szło, gdy się urodziłem, mama zgodnie z ojcem postanowili dać mi na imię Natanael. Przyznam ,że jako dziecko, moje imię napawało mnie dumą, bo gdy bawiłem się ze swoimi przyjaciółmi, moje imię najwięcej znaczyło w tej zabawie, Jak się domyślacie, gdy już podrosłem i ''spoważniałem'' , zaczęło mi przeszkadzać, więc trochę go zmieniłem i dzięki moim znajomym, ludzie zaczęli mi mówić Neythan.
Nie byłem kimś niezwykłym, byłem zwykłym chłopakiem z przedmieść, jednak moja rodzina z kolei się wyróżniała, ponieważ wywodziła się z tego miasta, żaden członek mojej rodziny, nigdy podobno nie przeniósł się nigdzie, Ja miałem być tym pierwszym ,który opuści rodowite miasto i pojedzie w świat. Rodzice nie byli tym zachwyceni lecz ja tym się nie przejmowałem. Gdy zaczął się college, poznałem swojego przyjaciela Alan. Byliśmy jak bracia, nawet podzielaliśmy jedno marzenie, aby wyjechać w świat. Jedyną cechą Alana ,która czasem mnie troszkę drażniła, była jego chorobliwa religijność ale po roku, wspólnego mieszkania w akademiku, przywykłem. Zaczęła się druga klasa, byliśmy strasznie podekscytowani i mimo iż była to dopiero druga klasa, my już żyliśmy przygotowaniami do nieuniknionego wyjazdu.


Przyznam ,że nasz entuzjazm szybko gasiły lekcje ,które potrafiły czasami ciągnąć się bardziej niż żelki ,które Alan uwielbiał podjadać na lekcjach. Czasem nuda ustępowała ,popisowym wygłupom naszych klasowych bez mózgów ,które zawsze kończyły się tą samą pielgrzymką do pedagoga. Niecierpliwie, Gdy przychodziła ostatnia godzina nauki, nasze oczy, regularnie kierowały się w stronę zegara ,który ociężale i z wielkim oporem poddawał się każdej minucie. Nie było to zwykłe oczekiwanie końca, lekcji w celu wyrwania się już z tej zatęchłej budy, by po prostu odpocząć, oj nie. Codziennie wraz z Alanem, o tej samej porze wybieraliśmy się na małą survivalową wycieczkę na wzgórza, za miastem. Jedyny plus tego miasta był taki, że było otoczone ośmioma górami, a każda z nich była na swój sposób, niepowtarzalnym wyzwaniem, jednak my mieliśmy dostęp tylko do dwóch, ponieważ reszta była porośnięta gęstymi lasami, które były owiane bardzo złymi legendami, Jedna z gór jak mówią mieszkańcy, należała do samego Pierwszego Upadłego, któremu udało się ją zająć. Był to jego ostatni punk jaki udało mu się zdobyć nim został pokonany, jednak legendy mówią ,że stacjonował tam na tyle długo by pozostawić po sobie coś co mogłoby sprowadzić tylko nieszczęście na ludzi. Jako dzieci, faktycznie baliśmy się tych legend, jednak gdy człowiek dorasta, powoli przestaje przejmować się tym co ludzie mówią i ciekawość bierze górę. Pewnego dnia, wybraliśmy się w nasze stałe miejsce z Alanem, tym razem gdy tak siedzieliśmy i oglądaliśmy miasto z góry, odwróciłem się do niego i powiedziałem:

Neythan: Chcę zrobić coś jeszcze nim opuścimy to miasto.
Alan: To znaczy? - spojrzał ze zdumieniem na Neythana
Neythan: Chcę wejść na zakazaną górę i przekonać się czy te legendy zawierają chociaż ziarnko prawdy.
Alan: Zwariowałeś? - popukał się w czoło
Przecież wiesz dobrze o tym ,że nie zależnie od legend, ta góra jest niebezpieczna, a nikt nie odważy się pójść z nami, a bez profesjonalnego wsparcia, nie damy rady. Z resztą ja podzielam zdanie, mieszkańców, ta góra nie bez powodu jest nazywana zakazaną, tam nikt się nie zapuszczał od...od zawsze, ostatnia grupa badawcza, która postanowiła spróbować, nie wróciła stamtąd.
Neythan: Eee tam, oni nie znali tak dobrze tych okolic, my to co innego ,a dodatkowo od dawna przecież się szkolimy na tych wzgórzach. 
Alan: Nie podoba mi się ten pomysł.
Neythan: Ja już postanowiłem, chcę przeżyć coś w tym życiu ,a nie tylko siedzieć w mieście i żyć tą monotonią.
Alan: Przecież mamy już plany, i lepiej przy nich zostać bo przy twoich pomysłach, nie doczekamy ich.
Neythan: Jeżeli nie chcesz iść, to sam pójdę, do niczego Cię nie zmuszam- odwrócił wzrok, dając wyraźne znaki poirytowania , reakcją Alana.
Alan: Wiesz dobrze o tym ,że nie puszczę Cię samego...ehh ale jak tylko będzie coś nie tak, to wracamy, ok? -Alana przeszył dreszcz na samą myśl o wyprawie.
Neythan: Będzie dobrze, zobaczysz - Neythan uśmiechnął się po czym wstał i przeciągnąwszy się dodał- Ruszamy w przyszłym tygodniu, chodź trzeba się dobrze przygotować.

Str.1