niedziela, 28 września 2014

Rozdział I

~ Znamię ~


Gdy udało nam się zbiec z góry, Alan położył się na trawie i rzuciwszy broń na ziemie, położył dłonie na twarzy, wykrzykując chyba wszystkie możliwe przekleństwa jakie przyszły mu do głowy.
Ja sam nie wiedziałem co o tym myśleć, byłem tak roztrzęsiony ,że nawet nie potrafiłem skupić się nad tym gdzie jesteśmy ani ,która jest godzina, kompletna pustka. Alan podniósł się i chodząc w ,kółko zaczął się wydzierać:

Alan: Co to do cholery było?! Mówiłem byśmy tam nie szli! Mówiłem! Dlaczego Ja wciąż daje się namawiać Tobie na tak głupie rzeczy.
Neythan: Alan, uspokój się. Przepraszam, nie spodziewałem się ,że takie coś może istnieć, myślałem ,że to głupie zabobony. 
Alan: Nie dało Ci do myślenia samo to ,że żaden człowiek ŻADEN! nigdy się tam nie zapuszczał? Wiele jest debilów ,którzy by dla popisu by tam poszli ale o dziwo się nie znaleźli ,aż do dziś.
Neythan: Rozumiem, nie wiem co jeszcze mogę powiedzieć. Przepraszam Cię stary..
Alan: Wiesz co, jak wrócimy do miasta, wracam do domu i nie chcę z Tobą gadać. Mam dość twoich pomysłów -Chwycił nerwowo za broń i plecak po czym ruszył szybkim krokiem w stronę miasta
Neythan: Ej Alan! Przecież przeprosiłem Cię, daj spokój no.

Całą drogę próbowałem go przeprosić, ale to nic nie dawało, jego twarz była pełna nienawiści, nawet na mnie nie spojrzał. Do miasta dotarliśmy w ciszy, gdy byliśmy blisko naszych domów odwrócił się tylko i powiedział:

Alan: Masz po mnie nie przychodzić i się do mnie nie odzywać, nie mam zamiaru więcej z Tobą gadać....narazie. -odwrócił się i poszedł
Neythan: Ale ja nie chciałem....Alan no... 

Poczułem się podle, nie wiedziałem co zrobić. Wróciłem do domu, minąłem rodziców, nawet nie wiem co do mnie mówili, wszedłem do pokoju, zamknąłem drzwi na zamek i położyłem się. Byłem wściekły, nie miałem pojęcia co robić. Zacząłem nerwowo rzucać piłeczką o ścianę, próbując skupić się i zrozumieć co się wydarzyło. Nie potrafiłem zrozumieć tego jak to wszystko możliwe, teraz nawet opowieść mojego Ojca stała się bardziej rzeczywista. Sam nic nie mogłem wymyślić, wciąż po głowie chodził mi ten głos ,który usłyszałem w zamku. Byłem zagubiony ,a w dodatku jeszcze przybity zachowaniem Alana, ale to są efekty mojego głupiego myślenia. Musiałem coś wymyślić, wszedłem do internetu i zacząłem szukać jakichkolwiek informacji na temat tej góry, wszystkich legend i wzmianek o tym co tam się wydarzyło bądź mogło znajdować jednak znalazłem tylko to co sam wiedziałem. Zacząłem się powoli denerwować, nie mogłem nic wymyślić ani zrobić, w tym momencie znów poczułem straszny ból na plecach, gorszy niż tamtej nocy, Pobiegłem szybko do lustra ,ale tym razem zobaczyłem coś zupełnie innego niż tylko bliznę. Pomiędzy bliznami, na kręgosłupie pojawił się ciąg symboli, od karku aż do lędźwi. Wystraszyłem się, ale nie tego ,że będę mieć przerąbane za tatuaż od rodziców ,a tego ,że te symbole widziałem w księdze z ,której czytałem w zamku. Nie wiedziałem co robić, blizny się zaogniły i strasznie piekły ale nie mogłem pokazać tego nikomu, nie wiedziałbym jak to wszystko wyjaśnić. Obłożyłem plecy ręcznikami zmoczonymi zimną wodą i położyłem się. Spróbowałem zadzwonić do Alana, nawet nagrałem się na pocztę ale wiedziałem ,że to na nic. Teraz byłem zdany tylko na siebie. 

Po kilku godzinach udało mi się zasnąć. Przespałem może z godzinę ,a gdy otwarłem oczy, okazało się ,że to już poniedziałek i miałem może z dwadzieścia minut na dotarcie na lekcje. Pozbierałem się tak szybko jak tylko mogłem i pozwoliła mi na to piekąca blizna. Oczywiście spóźniłem się i oczywiście na moje nieszczęście było to zastępstwo z tym dziadem. Tym razem nie miałem jak przejść nie zauważony. Wszedłem powoli do klasy, podszedłem do biurka i powiedziałem lekko przestraszony:

Neythan: Dzień dobry Panie profesorze, bardzo przepraszam za spóźnienie.
Prof.Griff: O proszę, pan Holt zdaje się zgubił w pośpiechu zegarek. -zaśmiał się szyderczo 
Neythan: Bardzo przepraszam, to się nie powtórzy -odwróciłem się i ruszyłem w kierunku swojej ławki.
Prof. Griff: Panie Holt, myślę ,że pan wie w jaki sposób nadrabiają spóźnialscy swój błąd?

Tak. Była to karna odpowiedź. Oczywiście nie byłem przygotowany, szedłem tam jak na rzeź, tej pały nie można było poprawić ,a ja i tak nie byłem najlepszym uczniem. Wiedziałem już jak się to skończy, ale nie mogłem nic zrobić. Stanąłem przed nim i wyczekiwałem pytania. Oczywiście nie mogło się obyć bez jego tradycyjnej taktyki przesłuchania. Gdy zaczął stukać długopisem o stolik, poczułem jak budzi się we mnie każdy nerw, ciśnienie skoczyło mi jak szalone, znamię zaczęło piec ,a ja czułem jakbym powoli tracił kontrolę nad sobą. Gdy zadał mi pytanie, na chwilę urwał mi się film. Gdy się ocknąłem, zobaczyłem jak cała klasa wpatruje się we mnie przestraszona ,a ja byłem oparty o biurko nauczyciela. Jego twarz..pierwszy raz widziałem by ten dziad był tak wystraszony, usłyszałem tylko jak dukał powoli zdanie:

Prof. Griff: C..co ci się stało? P..proszę stawić się u dyrektora po lekcjach z ro..rodzicami panie Holt.

Zabrałem gwałtownie ręce z biurka i szybko skierowałem się w stronę drzwi. Kątem oka zobaczyłem tylko jak Alan patrzy na mnie z przerażeniem. Wiedziałem ,że cokolwiek się wydarzyło, spowoduje ,że jedynka z odpowiedzi będzie najmniejszym problemem. Wybiegłem ze szkoły i ukryłem się nieopodal, za garażami. Usiadłem na ziemi, wyciągnąłem telefon i starałem się zobaczyć swoją twarz w ekranie. Byłem cały czerwony, w środku czułem jakby tlił się ogień, blizna nie dawała spokoju, a dodatkowo byłem taki wściekły. Siedziałem tam i starałem się uspokoić ale wiedziałem ,że gdy wrócę do domu, będę mieć solidny ochrzan, już nie mówię o tym co mnie czeka u dyrektora. Pozbierałem się i powoli szedłem do domu, gdy stanąłem przed drzwiami, bardzo długo zastanawiałem się czy wejść do środka. ale nie było wyjścia. Otworzyłem drzwi i powoli wszedłem do salonu. zobaczyłem tam zmartwioną mamę i wściekłego Ojca, Już wiedziałem ,że jest źle, tata kazał mi usiąść po czym odezwał się ciężkim głosem:

Tata: Wiesz o co chodzi prawda? - spojrzał na mnie zimnym wzrokiem
Neythan: Tak wiem. 
Tata: Możesz to nam jakoś wytłumaczyć?
Neythan: Nie potrafię, sam nie wiem co się tak na prawdę stało. Nie pamiętam nic ,aż do wyjścia z sali.
Mama: Nie pamiętasz? Neythan, czy....czy  ty bierzesz narkotyki? - spojrzała na mnie z przerażeniem
Neythan: Nie! mamo nie! Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie wiem co się ze mną stało.
Tata: Dzwonił do mnie dyrektor, rozmawiał z profesorem ,który powiedział ,że zachowywałeś się jak demon, bał się ,że go pobijesz. Nie wiem co się z Tobą dzieje, ale mamy się jutro stawić u dyrektora, przeprosisz oficjalnie profesora, a teraz idziesz do swojego pokoju i nie widzę Cię do jutra jasne?
Neythan: Tak.......przepraszam.



Krzyki mojego ojca i jego wzrok znów wywołały u mnie gniew, resztkami sił powstrzymałem się od wybuchu agresji, uciekłem do pokoju najszybciej jak tylko mogłem. Zatrzasnąłem drzwi i wbiegłem do łazienki, zerwałem podkoszulek i zacząłem oblewać nadgarstki i twarz lodowatą wodą jednak nic to nie dawało. Gdy spojrzałem w lustro....osłupiałem, moje oczy były czarne, nie było widać ani źrenic ani białek, wszystko było czarne. Wystraszyłem się nie na żarty, ale po chwili wróciło wszystko do normy. Byłem spanikowany i zdezorientowany. usiadłem w koncie łazienki, zamknąłem oczy i starałem się o niczym nie myśleć. Jedyne na co liczyłem to, by jak najszybciej się uspokoić.


Str.4

środa, 24 września 2014

Rozdział I

~sekret przeklętej góry~




Wstał długo oczekiwany dzień, wreszcie wyglądnąłem przez okno z uśmiechem na twarzy. Zbiegłem na dół, by zjeść zwyczajnie śniadanie, nie wzbudzając podejrzeń. Mama jak zawsze od świtu już na nogach ,a Ojciec docierał do krzesła, wykończony. Trudno się dziwić, spał tylko 2 godziny ale czego innego można się spodziewać po pracy w straży pożarnej, nigdy nie wiesz kiedy cię wezwą. Usiadłem grzecznie do śniadania, i udawałem ,że niechętnie otwarłem oczy. Tata zajął się gazetą, mama oczywiście ostatnia siadała do stołu, wyznawała zasadę ,że gospodyni siada do stołu ostatnia ,gdy wszystko będzie gotowe, dzięki temu nie musiałem się zbytnio wysilać na udawanie. Zjadłem, poszedłem na górę i zacząłem się ubierać, na wszelki wypadek przeleciałem jeszcze szybko listę po czym zszedłem na dół i oznajmiłem ,że wybieram się ze znajomymi na weekend na ognisko więc gdy wrócą z pracy to mnie nie będzie. Tata tylko pokiwał głową, zajęty papierami, a mama wypytała o kilka organizacyjnych spraw typu: kiedy będziesz, co będziecie robić itp. Szczerze mówiąc byłem zaskoczony, że tak łatwo dali się namówić, ale byłem zbyt szczęśliwy by się przejmować. Zbiegłem do piwnicy i przez okno wypchnąłem plecak na taras w razie gdyby mamie przyszłoby do głowy mi coś pakować na drogę. Wyszedłem z domu jak gdyby nigdy nic i poszedłem po Alana. Umówiliśmy się ,że będzie czekał na wzgórzu na ,którym się zawsze spotykamy. Stał spakowany i ubrany jakby szedł na wojnę, nie wiem po co mu była strzelba łowiecka. Podszedłem do niego i doglądając jego ekwipunku spytałem:

Neythan: Idziesz w góry czy na wojnę? -zaśmiałem się delikatnie
Alan: Nie, ale przecież nie wiemy co tam może być, ojciec miał na strychu zapasową strzelbę to wziąłem.
Neythan: No dobra ,a te świece dymne i noże?
Alan: Oj daj już spokój, nie wierze ,że aż tak jesteś pewny siebie ,że nie obawiasz się tego co może tam czyhać.
Neythan: No dobra, też się nad tym zastanawiam ale aż tak się nie boje, wziąłem swój nóż łowiecki i maczetę, to powinno wystarczyć.
Alan: Już mam ciarki
Neythan: Spokojnie, nie kracz to nic złego się nie stanie. Idziemy.


No i ruszyliśmy. Do podnóża góry było sporo drogi, dotarliśmy tam po 3-4 godzinach, zrobiliśmy ostatni postój przed naszą najważniejszą trasą. Góra była faktycznie troszkę straszna, jej podstawę  otaczały gęste lasy ,które były okryte mgłą, która nigdy nie znikała. Postanowiliśmy ,że pójdziemy opuszczoną ścieżką pasterzy ,a potem skręcimy, kierując się na szczyt. Droga początkowo wydawała się zwyczajna, nie było jakiś nadzwyczajnych istot ani jakichś symboli czy innych straszydeł z opowieści ludzi, jednak Alan szedł jak na szpilkach, cały czas się rozglądał ,a wystarczył mały szelest by jego ręka poszybowała w kierunku pochwy na broń. Wyrównałem z nim kroku i spróbowałem go trochę zagadać by nie panikował. 

Neythan: Ty dalej zdania ,że tutaj straszy? Przeszliśmy już spory kawałek ,a jedyne co widziałem w miarę strasznego to jeleń ,który wypiął się w moją stronę chcąc załatwić pewne potrzeby.
Alan: Może i masz rację ale skądś musiały się wziąć te wszystkie historie, no i dlaczego by ludzie do tej pory bali się tutaj przychodzić.
Neythan: Bo głupota nie zna granic, jak wrócimy, będziesz mógł ich wszystkich wyśmiać.
Alan: Oby...

Dotarliśmy do połowy góry, nic niezwykłego jednak w niej nie było. Wszystko co straszne to tylko ta głupia mgła unosząca się nad lasem. Zatrzymaliśmy się przy stercie głazów na ,których mogliśmy się na chwilę rozłożyć. Ja właściwie miałem jeszcze dużo sił ale troszkę zgłodniałem, Alan zrobił tylko kilka łyków wody i stwierdził ,że możemy iść dalej. Brak zmęczenia to raczej nie był tylko ogromna chęć zniknięcia z tej okolicy w szybkim tempie. Ruszyliśmy dalej, tym razem zrobiło się bardziej stromo co trochę utrudniło. Kawałek dalej ukazała nam się jaskinia, była spora i strasznie ciemna. Alan gdy tylko ją dostrzegł, od razu spanikował, oczywiście tego brakowało. Westchnąłem tylko i powoli wszedłem do środka, odpalając jedną ze świec. Z początku niby nie było nic szczególnego, parę nietoperzy, jakieś tam oznaki przebywania jakichś zwierząt i nic więcej, lecz gdy weszliśmy głębiej, poczuliśmy dziwny zapach. Zrobiliśmy kilka kroków dalej, kazałem Alanowi poświecić  na ziemię i w tym momencie nawet ja poczułem gęsią skórkę. Wewnątrz, ta jaskinia była pełna szkieletów, ludzkich szkieletów. Alan nie potrzebował więcej argumentów za tym by natychmiast opuścić jaskinię, właściwie to ja również. Wybiegliśmy stamtąd po czym Ja skierowałem się w stronę szczytu Alan z kolei w dół:

Neythan: Ej, nie w tą stronę
Alan: Wręcz przeciwnie, nie widziałeś co tam było?
Neythan: Widziałem ale to były bardzo stare szkielety, zaszliśmy daleko, nie chcę teraz się cofać.
Alan: Stary, przecież tutaj mogą żyć kanibale, jakieś bestie, cokolwiek co jest w stanie nas zeżreć ,a z naszych kości zrobić poduszkę do tego leżenia.
Neythan: Nie świruj, gdyby tak było to byśmy już dawno na jakiegoś natrafili ,a przeszliśmy już większa połowę i ani żywej duszy.
Alan: I uważasz ,że twój argument wygrywa z tym widokiem?
Neythan: Daj spokój, przecież masz broń, ja również. Dobra zrobimy tak, jeżeli natrafimy na kolejną podobną rzecz bądź zobaczymy coś dziwnego to wracamy natychmiast.
Alan: Wtedy może być już za późno..
Neythan: Wiesz co, ja nie mam zamiaru wracać, dalej mogę iść sam, Ciebie nie zmuszam.
Alan: To jest szantaż, wiesz dobrze ,że nie zostawię Cię samego.
Neythan: Damy radę, a słowa dotrzymam. Jedna dziwna istota bądź coś pokroju tego stosu kości i wracamy.
Alan: Ahh no dobra...


Powoli zaczynało się ściemniać więc ruszyliśmy dalej, Alan był wściekły i zarazem przerażony. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć, sam też troszkę się wystraszyłem. Od jaskini z każdym krokiem gdy zbliżaliśmy się do szczytu, czułem się coraz dziwniej, W pewnym momencie gdy rozejrzałem się po lesie, przypomniał mi się mój sen i okolica była dokładnie taka sama jak w nim. To mnie trochę zaniepokoiło, ale nie chciałem bardziej straszyć Alana więc szedłem dalej. Wreszcie wyszliśmy z lasu, na szczycie rozciąga się niewielka łąka ,a na niej ujrzeliśmy zamek ,a raczej to co z niego zostało. Alan nie czekał dłużej, tylko sięgnął do torby i wyciągnął z pochwy, strzelbę. Podeszliśmy powoli do wejścia i dokładnie go obejrzeliśmy, niby nie było w nim nic strasznego, zwykły stary budynek, jednak na żelaznych drzwiach były dziwne symbole, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Alan spojrzał na mnie z przerażeniem, Ja natomiast mimo iż obawiałem się tego co się za nimi kryje, czułem ,że muszę tam wejść. Alan chciał mnie zatrzymać ale nie mogłem tego zrobić, w momencie poczułem jakby coś zmuszało mnie bym wszedł, im bardziej opierałem się tym bardziej coś naciskało na mnie i zmuszało do wejścia. Zniknąłem za drzwiami, a Alan biedny został sam, sparaliżowany ze strachu. Przede mną ukazał się bardzo długi korytarz, prowadzący w dół. Szedłem nieświadomie, przed siebie, serce waliło mi jak oszalałe jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. Dotarłem do jakiejś ogromnej sali pod ziemią. Dookoła stały tylko posągi jakichś postaci ze skrzydłami, wyglądały jak anioły jednak ich twarze były szpetne, demoniczne, w dłoniach trzymały miecze, trójzęby, i inne starożytne bronie. Na końcu komnaty stał ołtarz w ,którym były złożone różne przedmioty, a po środku stała żelazna skrzynia. Podszedłem do niej jednak nigdzie nie było widać zamka, za to na wieku skrzyni było wytłoczone miejsce na dłoń. Po chwili usłyszałem za moimi plecami hałas, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem księgę ,która sama wertowała strony. Zatrzymała się na stronie gdzie był jakiś ,krótki tekst jednak nie znałem tego języka. Cokolwiek znaczył, same symbole wokół niego dawały do zrozumienia ,że nie powinien być przeczytany ,ani żaden inny w tej księdze lecz coś mnie zmuszało ,a ja nie wiedziałem co, bałem się, nie wiedziałem co robić, nie mogłem uciekać ani krzyczeć. Po dłuższej walce, w końcu nie dałem rady i zacząłem czytać. Czułem się tak jakby ktoś stał za mną i pociągał za sznurki ,które były przyczepione do mojego ciała. Gdy skończyłem czytać, moje ciało odwróciło się i zbliżyłem się do skrzyni, położyłem dłoń na wgłębieniu i poczułem straszny ból w dłoni, gdy udało mi się wyswobodzić rękę, zobaczyłem ,ranę ,która biegła przez całą szerokość dłoni, zaraz po tym skrzynia wydała z siebie przerażający dźwięk, jakby skrzypienie i wieko otwarło się, a z środka wydobył się jakiś dziwny czarny dym, który zatrzymał się przede mną na wysokości twarzy po czym zobaczyłem tylko jak rusza w kierunku mojej twarzy i straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, nie czułem już żadnego skrępowania. Podniosłem się cały obolały, a gdy złapałem już równowagę usłyszałem coś czego nie chciałem usłyszeć, to był głos z mojego snu, tym razem był On bardzo wyraźny:

Głos: Nathanaelu.....
Neythan: Kto to powiedział!?!
Głos: Nathanaelu pomóż mi....wypuść mnie, wydostań mnie stąd..

Zerwałem się natychmiast w stronę drzwi, biegłem ile sił w nogach, gdy dotarłem do nich, usłyszałem jak padło kilka strzałów, po przekroczeniu progu zamku, zobaczyłem Alana ,który mierzył w jakieś dwie postaci stojące kilka kroków od nas:

Neythan: Alan co się dzieje??
Alan: Oni...to demony, strzelam do nich ale nie mogę ich ranić.. - wydukał przerażony
Neythan: Kim wy jesteście?!?!

Żaden z nich nie odpowiedział, spojrzeli na siebie po czym zniknęli w identycznym dymie jaki uwolnił się ze skrzyni. Rozglądnęliśmy się dookoła i ruszyliśmy pobiegliśmy ile sił w nogach w las. Stało się dokładnie to co śniło mi się kilka dni wcześniej, biegliśmy nie patrząc za siebie, staraliśmy się tylko oddalić jak najbardziej od tego zamku.

Str.3

wtorek, 23 września 2014

Rozdział I

~Głosy~


Nie przespałem ani minuty, byłem tak podekscytowany swoim planem, że sen stawał się dla mnie tylko uciążliwy. Wciąż do głowy przychodziły mi najrozmaitsze wizje tego co nas tam czeka. Wiedziałem dobrze ,że Alan nie jest zachwycony, prawdę mówiąc, trochę mu współczułem ,że musi znosić moje pomysły ,ale dałem mu przecież wybór. W końcu nastała środa, do wyjścia zostały dwa dni, mieliśmy tylko weekend na to by dostać się jak najdalej to będzie możliwe i wrócić by nikt nie podejrzewał nas o nic. Plecak skryłem w piwnicy, za starą szafą, byłem pewien ,że nikt tam nie zagląda więc spokojnie, oczekiwałem dnia wyprawy. Alan oczywiście, codziennie próbował mnie jakoś zniechęcić różnymi argumentami, lecz był świadom tego ,że nic mu to nie da. W drodze do domu, ze szkoły uzgodniliśmy ,że spotkamy się jeszcze wieczorem i sprawdzimy czy wszystko gotowe. Przyszedłem do domu, zjadłem szybko obiad i poszedłem do pokoju odespać, poprzednią noc. Nie wiem czy to wina głupich argumentów Alana, czy tych wszystkich opowieści ,które mi przypomniał na wzgórzu ale przyśnił mi się dość dziwny koszmar.



 Śniło mi się ,że biegnę przez las, jakbym przed czymś uciekał ale sam nie wiedziałem przed czym. W pewnym momencie zdawało mi się ,że ktoś zaczął do mnie szeptać. Nie znałem tego głosu, a słowa ,które ten ktoś wypowiadał były nie wyraźne. Starałem się przysłuchać możliwe jak najmocniej by coś zrozumieć, ale w pewnej chwili głos ustał, a ja obudziłem się z przeraźliwym bólem na plecach. Pobiegłem do łazienki by zobaczyć w lustrze co to było, czułem się jakby ktoś przytknął mi do ramion jakiś rozgrzany przedmiot. W lustrze nic nie widziałem poza moim znamieniem. Było dość dziwne, wyglądały tak jakby ktoś narysował mi dwie linie znajdujące się na łopatkach. Może to dziwne ale wydawało mi się ,że to te znamiona mnie tak piekły. Mimo to nic na plecach nie znalazłem więc stwierdziłem ,że to może poparzenie od słońca, niedawno skończyły się przecież wakacje, a my spędzaliśmy wiele czasu nad rzeką i przyznam ,że przesadziłem ze słońcem. Położyłem się wygodnie na łóżku, tym razem na brzuchu, na wszelki wypadek. Minęło może kilka minut jak z powrotem zasnąłem jak zabity, na szczęście tym razem już przespałem całą noc.
 Wstałem spóźniony, wyparowałem z łóżka jak poparzony i począwszy ubierać się w pokoju, skończyłem w połowie drogi do szkoły. Nie dbałem o to co ludzie pomyślą, bardziej przerażał mnie fakt ,że spóźnię się na lekcję jednego z najgorszych nauczycieli jaką posiadała ta szkoła, a był Nim profesor Griff ,który jak dla mnie mógł być spokrewniony z samym diabłem. Gdy dotarłem pod klasę, modliłem się tylko by przemknąć, jakoś niezauważony do ławki i ukryć się przed jego sądnym spojrzeniem, który niósł za sobą więcej cierpienia niż czterech jeźdźców apokalipsy. Uchyliłem lekko drzwi i próbowałem ściągnąć uwagę Alana. Gdy już wreszcie udało mi się, dałem mu do zrozumienia by odwrócił uwagę tego starego złośliwca. Spisał się doskonale, zawsze potrafił mnie zaskoczyć swoimi pomysłami, a to w jaki sposób poświęcał się im były godne każdej nagrody. Alan podszedł do Griffa i ryzykując własnym życiem, postanowił zgłosić się do odpowiedzi. Miejsce odpowiadających zawsze było po drugiej stronie klasy, między oknem ,a biurkiem nauczyciela, lecz pan Griff lubił nadawać temu miejscu specyficzny urok, bowiem za każdym razem gdy ktoś stawał do odpowiedzi, ten dziad rozsiadał się wygodnie na krześle, i zakładając nogę na nogę jak pan i władca ,zadawał pytanie po czym zaczynał umiejętnie świdrować wzrokiem, jednocześnie przesuwając powolutku lampkę na biurku, starając się wyprowadzić tym z równowagi ofiary. Może i głupie ,ale jeżeli będziecie stać kiedyś do odpowiedzi, wyobraźcie sobie, lampkę żywcem wyjętą z filmów gdzie przesłuchiwano ludzi w ciemnych pomieszczeniach i świecono po nich takim czymś. Założę się ,że nie jeden z was nie potrafiłby się skupić, ale na szczęście, Alan był prymusem i nie tylko Ja o tym wiedziałem, a To poniekąd nie podobało się Griffowi, dzięki czemu jeszcze więcej serca wkładał w swoje ''tortury'' co pozwoliło mi na przemknięcie do celu, niezauważonym. Alan na szczęście dotrwał jakoś do końca i wrócił do ławki łapiąc oddech jakby spędził pół godziny pod wodą. 
Neythan: Dzięki stary, jestem znów twoim dłużnikiem.
Alan: Daj spokój, lepiej powiedz czemu się spóźniłeś?
Neythan: Przespałem tylko pół nocy, miałem dziwny koszmar ,a w dodatku zerwał mnie z łóżka ból pleców. 
Alan: Ból pleców? Stało ci się coś?
Neythan: Właściwie to nie, sprawdzałem w lustrze ale nic nie było. Może to od tego opalania się. 
Alan: Możliwe, w końcu 2 dni chodziłeś jak manekin po tym jak zasnąłeś nad rzeką.
Neythan: Bardzo śmieszne, przynajmniej nie wyglądałem jak trup, wiele dziewczyn się za mną obracało.
Alan: No to na pewno, w końcu byłem jedynym czerwonoskórym nad rzeką- zaśmiał się pod nosem
Neythan: Dobra, dobra...jesteś gotowy na wyprawę?
Alan: Ehh...myślałem ,że ci przejdzie......tak jestem 

W tym momencie poczułem ciarki ,które przeszyły mnie niczym garść igieł wystrzelona bezpośrednio w moje plecy...

Prof.Griff: Czy ja może wam przeszkadzam, panie Holt?
Neythan: Nie nie panie profesorze, ja tylko...
Prof.Griff: Nie obchodzi mnie to, jeżeli jeszcze raz..-słowa profesora przerwał dzwonek
Neythan: Rozumiem panie Profesorze to się nie powtórzy

Złapałem za plecak i wystrzeliłem z klasy. Alan dogonił mnie dopiero w drzwiach szkoły. Potem poszliśmy, do sklepu i w drodze do domu opowiedziałem mu wszystko. Alan trochę zbladł i powiedział:

Alan: Nie widzisz w tym nic dziwnego?
Neythan: Co takiego?
Alan: Śnił ci się las, uciekałeś, głos.. Darujmy sobie tą wyprawę proszę cię.
Neythan: Nie panikuj ,to właśnie przez te pierdoły ,które opowiadałeś mi, pewnie miałem ten koszmar. Ochłoń, to mi się śniło ,a jakoś nie przeżywam. Chodź do mnie, sprawdzimy pogodę na weekend i okolice tej góry.
Alan: Mam złe przeczucia..
Neythan: Ty zawsze je masz
Alan: Tylko jak zgadzam się na twoje pomysły.

Dotarliśmy do domu i poszliśmy dopiąć wszystko na ostatni guzik. Nie miałem zamiaru się wycofać po jakimś koszmarze.


Str.2

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział I

~Miasto upadłych~

Prolog

Opowiem wam moją historię lecz zacznę ją od innego początku......Zapewne znacie takie istoty jak anioły prawda? Założę się ,że tak, tak więc kiedyś, baardzo dawno temu, pewien anioł zbuntował się, przez co doszło do wielkiej wojny wysoko na niebie. Stoczyły ją białe, dobre anioły z tymi ,którzy postanowili pójść w ślady swojego zbuntowanego brata. Wojna przeniosła się na ziemie, gdzie ucierpiało wiele niewinnych ludzi. Białe anioły postanowiły zebrać ludzi w jednym miejscu i część z nich dostała zadanie by strzec ich do końca wojny. To wszystko trwało 72 dni, a na ziemi nie było źdźbła ,które nie byłoby uczestnikiem rzezi ,która na szczęście rozstrzygnęła się dobrze dla białych aniołów. Ledwo ale ostatecznie udało się im pokonać buntowników, a ich przywódce, którego nazwano Pierwszym Upadłym, trójca archaniołów postanowiła, ukarać zamykając w Szeolu. Było to miejsce ,które do niedawna było traktowano jako pustkę ale szybko wypełniła się wojskiem Pierwszego ,a zaś On sam zasiadł tam niczym w więzieniu. Pierwszy nie mógł wydostać się z niego dlatego starał się za wszelką cenę znaleźć coś w rodzaju szpary, jak dziurka od klucza ,która miała służyć do zapoczątkowania swojego planu, na ziemi bowiem ukryło się wiele upadłych aniołów ,które wystraszyły się konsekwencji swoich czynów. Niektórzy z nich wykorzystali do tego ludzkie kobiety ,które miały ich ukryć. Wiele z nich zostało znalezionych i również zesłanych w to samo miejsce gdzie reszta, lecz Upadły pokładał nadzieje w tym ,że któryś z jego sług pozostał nieuchwytny. Tak też było, jednak ani Upadły ani Archaniołowie nie mogli go znaleźć ponieważ jeden z upadłych aniołów, w przeciwieństwie do swoich braci, wbrew wszelkim zasadą, obdarzył kobietę uczuciem śmiertelników. To uczucie sprawiło ,że postanowił zrezygnować zarówno z nieba jak i skrzydeł i zapieczętował je, dzięki czemu stał się człowiekiem. Minęło wiele  tysięcy lat od wielkiej wojny, ale Upadły był nieugięty..................i oto zaczyna się moja historia.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

I

Pamiętam ,że gdy byłem bardzo mały, ojciec co wieczór opowiadał mi historię tego miasta, o wielkich aniołach i tym jak schronili tutaj wiele ludzi, bronili dzielnie po czym gdy wojna się zakończyła, ludzie w geście wielkiej wdzięczności, wybudowali tutaj osadę ,którą nazwano ''Angels Island'' potem z biegiem czasu nazwa zamieniła się na Winged City. Ta opowieść nigdy się nie nudziła bo zawsze potrafił ją opowiedzieć w inny sposób. Zawsze sobie wyobrażałem ,że jestem takim białym aniołem ,który wygrywa ze złem i spycha ich w dół. W miarę upływu czasu, gdy dorastałem, historię te już tak mnie nie ciekawiły, stawałem się już dorosły i poważny ( jeżeli można tak powiedzieć o nastolatku ) , zacząłem wieczory spędzać ze znajomymi, a moje myśli zajęła szkoła i inne pierdoły ,których strasznie nie trawiłem. Jedyne co pozostało po tych niesamowitych opowieściach to, fakt ,że mój ojciec był aż za bardzo przywiązany do nich, a co za tym szło, gdy się urodziłem, mama zgodnie z ojcem postanowili dać mi na imię Natanael. Przyznam ,że jako dziecko, moje imię napawało mnie dumą, bo gdy bawiłem się ze swoimi przyjaciółmi, moje imię najwięcej znaczyło w tej zabawie, Jak się domyślacie, gdy już podrosłem i ''spoważniałem'' , zaczęło mi przeszkadzać, więc trochę go zmieniłem i dzięki moim znajomym, ludzie zaczęli mi mówić Neythan.
Nie byłem kimś niezwykłym, byłem zwykłym chłopakiem z przedmieść, jednak moja rodzina z kolei się wyróżniała, ponieważ wywodziła się z tego miasta, żaden członek mojej rodziny, nigdy podobno nie przeniósł się nigdzie, Ja miałem być tym pierwszym ,który opuści rodowite miasto i pojedzie w świat. Rodzice nie byli tym zachwyceni lecz ja tym się nie przejmowałem. Gdy zaczął się college, poznałem swojego przyjaciela Alan. Byliśmy jak bracia, nawet podzielaliśmy jedno marzenie, aby wyjechać w świat. Jedyną cechą Alana ,która czasem mnie troszkę drażniła, była jego chorobliwa religijność ale po roku, wspólnego mieszkania w akademiku, przywykłem. Zaczęła się druga klasa, byliśmy strasznie podekscytowani i mimo iż była to dopiero druga klasa, my już żyliśmy przygotowaniami do nieuniknionego wyjazdu.


Przyznam ,że nasz entuzjazm szybko gasiły lekcje ,które potrafiły czasami ciągnąć się bardziej niż żelki ,które Alan uwielbiał podjadać na lekcjach. Czasem nuda ustępowała ,popisowym wygłupom naszych klasowych bez mózgów ,które zawsze kończyły się tą samą pielgrzymką do pedagoga. Niecierpliwie, Gdy przychodziła ostatnia godzina nauki, nasze oczy, regularnie kierowały się w stronę zegara ,który ociężale i z wielkim oporem poddawał się każdej minucie. Nie było to zwykłe oczekiwanie końca, lekcji w celu wyrwania się już z tej zatęchłej budy, by po prostu odpocząć, oj nie. Codziennie wraz z Alanem, o tej samej porze wybieraliśmy się na małą survivalową wycieczkę na wzgórza, za miastem. Jedyny plus tego miasta był taki, że było otoczone ośmioma górami, a każda z nich była na swój sposób, niepowtarzalnym wyzwaniem, jednak my mieliśmy dostęp tylko do dwóch, ponieważ reszta była porośnięta gęstymi lasami, które były owiane bardzo złymi legendami, Jedna z gór jak mówią mieszkańcy, należała do samego Pierwszego Upadłego, któremu udało się ją zająć. Był to jego ostatni punk jaki udało mu się zdobyć nim został pokonany, jednak legendy mówią ,że stacjonował tam na tyle długo by pozostawić po sobie coś co mogłoby sprowadzić tylko nieszczęście na ludzi. Jako dzieci, faktycznie baliśmy się tych legend, jednak gdy człowiek dorasta, powoli przestaje przejmować się tym co ludzie mówią i ciekawość bierze górę. Pewnego dnia, wybraliśmy się w nasze stałe miejsce z Alanem, tym razem gdy tak siedzieliśmy i oglądaliśmy miasto z góry, odwróciłem się do niego i powiedziałem:

Neythan: Chcę zrobić coś jeszcze nim opuścimy to miasto.
Alan: To znaczy? - spojrzał ze zdumieniem na Neythana
Neythan: Chcę wejść na zakazaną górę i przekonać się czy te legendy zawierają chociaż ziarnko prawdy.
Alan: Zwariowałeś? - popukał się w czoło
Przecież wiesz dobrze o tym ,że nie zależnie od legend, ta góra jest niebezpieczna, a nikt nie odważy się pójść z nami, a bez profesjonalnego wsparcia, nie damy rady. Z resztą ja podzielam zdanie, mieszkańców, ta góra nie bez powodu jest nazywana zakazaną, tam nikt się nie zapuszczał od...od zawsze, ostatnia grupa badawcza, która postanowiła spróbować, nie wróciła stamtąd.
Neythan: Eee tam, oni nie znali tak dobrze tych okolic, my to co innego ,a dodatkowo od dawna przecież się szkolimy na tych wzgórzach. 
Alan: Nie podoba mi się ten pomysł.
Neythan: Ja już postanowiłem, chcę przeżyć coś w tym życiu ,a nie tylko siedzieć w mieście i żyć tą monotonią.
Alan: Przecież mamy już plany, i lepiej przy nich zostać bo przy twoich pomysłach, nie doczekamy ich.
Neythan: Jeżeli nie chcesz iść, to sam pójdę, do niczego Cię nie zmuszam- odwrócił wzrok, dając wyraźne znaki poirytowania , reakcją Alana.
Alan: Wiesz dobrze o tym ,że nie puszczę Cię samego...ehh ale jak tylko będzie coś nie tak, to wracamy, ok? -Alana przeszył dreszcz na samą myśl o wyprawie.
Neythan: Będzie dobrze, zobaczysz - Neythan uśmiechnął się po czym wstał i przeciągnąwszy się dodał- Ruszamy w przyszłym tygodniu, chodź trzeba się dobrze przygotować.

Str.1