środa, 24 września 2014

Rozdział I

~sekret przeklętej góry~




Wstał długo oczekiwany dzień, wreszcie wyglądnąłem przez okno z uśmiechem na twarzy. Zbiegłem na dół, by zjeść zwyczajnie śniadanie, nie wzbudzając podejrzeń. Mama jak zawsze od świtu już na nogach ,a Ojciec docierał do krzesła, wykończony. Trudno się dziwić, spał tylko 2 godziny ale czego innego można się spodziewać po pracy w straży pożarnej, nigdy nie wiesz kiedy cię wezwą. Usiadłem grzecznie do śniadania, i udawałem ,że niechętnie otwarłem oczy. Tata zajął się gazetą, mama oczywiście ostatnia siadała do stołu, wyznawała zasadę ,że gospodyni siada do stołu ostatnia ,gdy wszystko będzie gotowe, dzięki temu nie musiałem się zbytnio wysilać na udawanie. Zjadłem, poszedłem na górę i zacząłem się ubierać, na wszelki wypadek przeleciałem jeszcze szybko listę po czym zszedłem na dół i oznajmiłem ,że wybieram się ze znajomymi na weekend na ognisko więc gdy wrócą z pracy to mnie nie będzie. Tata tylko pokiwał głową, zajęty papierami, a mama wypytała o kilka organizacyjnych spraw typu: kiedy będziesz, co będziecie robić itp. Szczerze mówiąc byłem zaskoczony, że tak łatwo dali się namówić, ale byłem zbyt szczęśliwy by się przejmować. Zbiegłem do piwnicy i przez okno wypchnąłem plecak na taras w razie gdyby mamie przyszłoby do głowy mi coś pakować na drogę. Wyszedłem z domu jak gdyby nigdy nic i poszedłem po Alana. Umówiliśmy się ,że będzie czekał na wzgórzu na ,którym się zawsze spotykamy. Stał spakowany i ubrany jakby szedł na wojnę, nie wiem po co mu była strzelba łowiecka. Podszedłem do niego i doglądając jego ekwipunku spytałem:

Neythan: Idziesz w góry czy na wojnę? -zaśmiałem się delikatnie
Alan: Nie, ale przecież nie wiemy co tam może być, ojciec miał na strychu zapasową strzelbę to wziąłem.
Neythan: No dobra ,a te świece dymne i noże?
Alan: Oj daj już spokój, nie wierze ,że aż tak jesteś pewny siebie ,że nie obawiasz się tego co może tam czyhać.
Neythan: No dobra, też się nad tym zastanawiam ale aż tak się nie boje, wziąłem swój nóż łowiecki i maczetę, to powinno wystarczyć.
Alan: Już mam ciarki
Neythan: Spokojnie, nie kracz to nic złego się nie stanie. Idziemy.


No i ruszyliśmy. Do podnóża góry było sporo drogi, dotarliśmy tam po 3-4 godzinach, zrobiliśmy ostatni postój przed naszą najważniejszą trasą. Góra była faktycznie troszkę straszna, jej podstawę  otaczały gęste lasy ,które były okryte mgłą, która nigdy nie znikała. Postanowiliśmy ,że pójdziemy opuszczoną ścieżką pasterzy ,a potem skręcimy, kierując się na szczyt. Droga początkowo wydawała się zwyczajna, nie było jakiś nadzwyczajnych istot ani jakichś symboli czy innych straszydeł z opowieści ludzi, jednak Alan szedł jak na szpilkach, cały czas się rozglądał ,a wystarczył mały szelest by jego ręka poszybowała w kierunku pochwy na broń. Wyrównałem z nim kroku i spróbowałem go trochę zagadać by nie panikował. 

Neythan: Ty dalej zdania ,że tutaj straszy? Przeszliśmy już spory kawałek ,a jedyne co widziałem w miarę strasznego to jeleń ,który wypiął się w moją stronę chcąc załatwić pewne potrzeby.
Alan: Może i masz rację ale skądś musiały się wziąć te wszystkie historie, no i dlaczego by ludzie do tej pory bali się tutaj przychodzić.
Neythan: Bo głupota nie zna granic, jak wrócimy, będziesz mógł ich wszystkich wyśmiać.
Alan: Oby...

Dotarliśmy do połowy góry, nic niezwykłego jednak w niej nie było. Wszystko co straszne to tylko ta głupia mgła unosząca się nad lasem. Zatrzymaliśmy się przy stercie głazów na ,których mogliśmy się na chwilę rozłożyć. Ja właściwie miałem jeszcze dużo sił ale troszkę zgłodniałem, Alan zrobił tylko kilka łyków wody i stwierdził ,że możemy iść dalej. Brak zmęczenia to raczej nie był tylko ogromna chęć zniknięcia z tej okolicy w szybkim tempie. Ruszyliśmy dalej, tym razem zrobiło się bardziej stromo co trochę utrudniło. Kawałek dalej ukazała nam się jaskinia, była spora i strasznie ciemna. Alan gdy tylko ją dostrzegł, od razu spanikował, oczywiście tego brakowało. Westchnąłem tylko i powoli wszedłem do środka, odpalając jedną ze świec. Z początku niby nie było nic szczególnego, parę nietoperzy, jakieś tam oznaki przebywania jakichś zwierząt i nic więcej, lecz gdy weszliśmy głębiej, poczuliśmy dziwny zapach. Zrobiliśmy kilka kroków dalej, kazałem Alanowi poświecić  na ziemię i w tym momencie nawet ja poczułem gęsią skórkę. Wewnątrz, ta jaskinia była pełna szkieletów, ludzkich szkieletów. Alan nie potrzebował więcej argumentów za tym by natychmiast opuścić jaskinię, właściwie to ja również. Wybiegliśmy stamtąd po czym Ja skierowałem się w stronę szczytu Alan z kolei w dół:

Neythan: Ej, nie w tą stronę
Alan: Wręcz przeciwnie, nie widziałeś co tam było?
Neythan: Widziałem ale to były bardzo stare szkielety, zaszliśmy daleko, nie chcę teraz się cofać.
Alan: Stary, przecież tutaj mogą żyć kanibale, jakieś bestie, cokolwiek co jest w stanie nas zeżreć ,a z naszych kości zrobić poduszkę do tego leżenia.
Neythan: Nie świruj, gdyby tak było to byśmy już dawno na jakiegoś natrafili ,a przeszliśmy już większa połowę i ani żywej duszy.
Alan: I uważasz ,że twój argument wygrywa z tym widokiem?
Neythan: Daj spokój, przecież masz broń, ja również. Dobra zrobimy tak, jeżeli natrafimy na kolejną podobną rzecz bądź zobaczymy coś dziwnego to wracamy natychmiast.
Alan: Wtedy może być już za późno..
Neythan: Wiesz co, ja nie mam zamiaru wracać, dalej mogę iść sam, Ciebie nie zmuszam.
Alan: To jest szantaż, wiesz dobrze ,że nie zostawię Cię samego.
Neythan: Damy radę, a słowa dotrzymam. Jedna dziwna istota bądź coś pokroju tego stosu kości i wracamy.
Alan: Ahh no dobra...


Powoli zaczynało się ściemniać więc ruszyliśmy dalej, Alan był wściekły i zarazem przerażony. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć, sam też troszkę się wystraszyłem. Od jaskini z każdym krokiem gdy zbliżaliśmy się do szczytu, czułem się coraz dziwniej, W pewnym momencie gdy rozejrzałem się po lesie, przypomniał mi się mój sen i okolica była dokładnie taka sama jak w nim. To mnie trochę zaniepokoiło, ale nie chciałem bardziej straszyć Alana więc szedłem dalej. Wreszcie wyszliśmy z lasu, na szczycie rozciąga się niewielka łąka ,a na niej ujrzeliśmy zamek ,a raczej to co z niego zostało. Alan nie czekał dłużej, tylko sięgnął do torby i wyciągnął z pochwy, strzelbę. Podeszliśmy powoli do wejścia i dokładnie go obejrzeliśmy, niby nie było w nim nic strasznego, zwykły stary budynek, jednak na żelaznych drzwiach były dziwne symbole, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Alan spojrzał na mnie z przerażeniem, Ja natomiast mimo iż obawiałem się tego co się za nimi kryje, czułem ,że muszę tam wejść. Alan chciał mnie zatrzymać ale nie mogłem tego zrobić, w momencie poczułem jakby coś zmuszało mnie bym wszedł, im bardziej opierałem się tym bardziej coś naciskało na mnie i zmuszało do wejścia. Zniknąłem za drzwiami, a Alan biedny został sam, sparaliżowany ze strachu. Przede mną ukazał się bardzo długi korytarz, prowadzący w dół. Szedłem nieświadomie, przed siebie, serce waliło mi jak oszalałe jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. Dotarłem do jakiejś ogromnej sali pod ziemią. Dookoła stały tylko posągi jakichś postaci ze skrzydłami, wyglądały jak anioły jednak ich twarze były szpetne, demoniczne, w dłoniach trzymały miecze, trójzęby, i inne starożytne bronie. Na końcu komnaty stał ołtarz w ,którym były złożone różne przedmioty, a po środku stała żelazna skrzynia. Podszedłem do niej jednak nigdzie nie było widać zamka, za to na wieku skrzyni było wytłoczone miejsce na dłoń. Po chwili usłyszałem za moimi plecami hałas, a gdy się odwróciłem, zobaczyłem księgę ,która sama wertowała strony. Zatrzymała się na stronie gdzie był jakiś ,krótki tekst jednak nie znałem tego języka. Cokolwiek znaczył, same symbole wokół niego dawały do zrozumienia ,że nie powinien być przeczytany ,ani żaden inny w tej księdze lecz coś mnie zmuszało ,a ja nie wiedziałem co, bałem się, nie wiedziałem co robić, nie mogłem uciekać ani krzyczeć. Po dłuższej walce, w końcu nie dałem rady i zacząłem czytać. Czułem się tak jakby ktoś stał za mną i pociągał za sznurki ,które były przyczepione do mojego ciała. Gdy skończyłem czytać, moje ciało odwróciło się i zbliżyłem się do skrzyni, położyłem dłoń na wgłębieniu i poczułem straszny ból w dłoni, gdy udało mi się wyswobodzić rękę, zobaczyłem ,ranę ,która biegła przez całą szerokość dłoni, zaraz po tym skrzynia wydała z siebie przerażający dźwięk, jakby skrzypienie i wieko otwarło się, a z środka wydobył się jakiś dziwny czarny dym, który zatrzymał się przede mną na wysokości twarzy po czym zobaczyłem tylko jak rusza w kierunku mojej twarzy i straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, nie czułem już żadnego skrępowania. Podniosłem się cały obolały, a gdy złapałem już równowagę usłyszałem coś czego nie chciałem usłyszeć, to był głos z mojego snu, tym razem był On bardzo wyraźny:

Głos: Nathanaelu.....
Neythan: Kto to powiedział!?!
Głos: Nathanaelu pomóż mi....wypuść mnie, wydostań mnie stąd..

Zerwałem się natychmiast w stronę drzwi, biegłem ile sił w nogach, gdy dotarłem do nich, usłyszałem jak padło kilka strzałów, po przekroczeniu progu zamku, zobaczyłem Alana ,który mierzył w jakieś dwie postaci stojące kilka kroków od nas:

Neythan: Alan co się dzieje??
Alan: Oni...to demony, strzelam do nich ale nie mogę ich ranić.. - wydukał przerażony
Neythan: Kim wy jesteście?!?!

Żaden z nich nie odpowiedział, spojrzeli na siebie po czym zniknęli w identycznym dymie jaki uwolnił się ze skrzyni. Rozglądnęliśmy się dookoła i ruszyliśmy pobiegliśmy ile sił w nogach w las. Stało się dokładnie to co śniło mi się kilka dni wcześniej, biegliśmy nie patrząc za siebie, staraliśmy się tylko oddalić jak najbardziej od tego zamku.

Str.3

1 komentarz: